sobota, 3 sierpnia 2013

Każdy umiera w samotności - Hans Fallada

Berlin, rok 1940. II wojna światowa właśnie toczy się w najlepsze. Francja upada, a do drzwi mieszkania państwa Quanglów puka listonoszka i wręcza im zapieczętowaną kopertę. To zawiadomienie z poczty polowej. Otto, jedyny syn państwa Quanglów, poległ na froncie za Führera i ojczyznę. Anna wpada w czarną rozpacz, a Otto senior załamuje ręce. Zaczynają się kłótnie i wzajemne oskarżenia. "To wszystko przez tego twojego Führera!". "MOJEGO Führera?! Ależ Anno, to był przecież TWÓJ Führer!". Gdy mija pierwszy szok, małżonkowie wspólnie dochodzą do wniosku, że tak tej sprawy pozostawić nie mogą. Trzeba znienawidzonej obecnie władzy dać do zrozumienia, że wciąż istnieją ludzie, którzy się jej rządom sprzeciwiają! Ale jak tu stawić opór potężnej machinie państwowej, gdy samemu jest się niewiele znaczącym, przeciętnym obywatelem? Po dłuższym namyśle państwo Quanglowie wpadają na pomysł pisania o kartek o antynazistowskich treściach i podrzucania ich w miejscach publicznych. Przezwyciężając własny strach i wewnętrzne opory, zabierają się do dzieła...

Powieść powstała na kanwie autentycznej historii pewnego berlińskiego małżeństwa, które swoją antypaństwową działalność przypłaciło życiem. Podobno Fallada napisał tę książkę w niecały miesiąc, a niedługo potem zmarł i... w zasadzie wiele to tłumaczy. Przywołując opinię jednego z użytkowników portalu Goodreads - jeszcze kilka miesięcy pracy nad powieścią oraz dobry redaktor i mogłoby wyjść z tego arcydzieło. Tymczasem dla wielu czytelników "Każdy umiera w samotności" jest nim już w obecnej postaci.

Czytaj dalej...

czwartek, 1 sierpnia 2013

"Mam na imię Victoria. Zaginione dzieci Argentyny" Victoria Donda





autor: Victoria Donda
wydawnictwo: CARTA BLANCA
data wydania:  2011
liczba stron: 224


moja ocena:  5 / 6






 Jakiś już czas temu przeczytałam książkę o zaginionych dzieciach Argentyny. Przyznam szczerze, że jest niewiele rzeczy na tym świecie, które mną wstrząsnęły. Ta historia należy do nich. Czytam o młodej dziewczynie Analii uwikłanej w okrutną historię własnego państwa, okresu wojny i dyktatury, szwadronów śmierci i obozów koncentracyjnych w samym środku Buenos Aires. Razem z nią odkrywałam nowe tropy kłamstw, jakimi ją karmiono przez lata. Przedziwna historia: dziewczyna odebrana matce, wychowana w rodzinie zbrodniarza, zaangażowana wbrew rodzinie w działalność polityczną na rzecz biednych i pokrzywdzonych, odkrywa prawdziwą historię swojej matki. Cori  ginie w obozie koncentracyjnym tuż po narodzinach dziecka.




         W tej historii od początku nie ma jasnych odpowiedzi, trudno z całą pewnością określić, co jest prawdą, a co fikcją. Nawet pokrzywdzeni w naszej ocenie nie sa niewinni. Ale jedno jest pewne - koszmar życia i śmierci setek ludzi zaginionych i ich dzieci okrutnie odebranych przed śmiercią i przywłaszczonych z nową tożsamością przez ludzi politycznie poprawnych w ponurych czasach dyktatury wojskowej. Zdumiewa jeden fakt - Analia (Victoria) jest starsza ode mnie zaledwie o 5 lat. Za każdym razem, kiedy podaje konkretne daty i swoje przeżycia, terror i walkę o prawa człowieka, ja zastanawiałam się, co robiłam w tym czasie w Polsce. U nas też nie było wolności, ale moje dzieciństwo upłynęło spokojnie, nie brakowało mi niczego. Nie musiałam walczyć o prawa człowieka, a mój świat nigdy nie runął w gruzach. Jestem szczęściarą i jak bardzo tego nie potrafimy docenić! 




       A jednak ciągle mam wrażenie, że łączy mnie coś z bohaterką książki. Może upór? Albo niechęć podporządkowania się systemowi (jakiemukolwiek), może pasja do życia, albo dawne urazy z przeszłości? Bycie buntownikiem na każdym poziomie i w każdym czasie jest trudne. A mimo to ciągle słyszę i czytam o ludziach, którzy poświęcają wszystko dla innych, dla sprawiedliwości, w imię Boga, religii czy zwykłego humanitaryzmu. Czy kiedyś będę na tyle odważna, żeby walczyć o swoje marzenia i o swój świat?

     Victoria Donda pisze:
"(...) została tu przedstawiona prawda. To się  wydarzyło. I ma większe znaczenie niż moja osoba, bo zawiera trzydzieści milionów historii. To się wydarzyło w Argentynie zaledwie trzydzieści lat temu i dotyczy nas wszystkich. Ta książka przedstawia tylko jeden przypadek. Może być przykładem (...) horroru i zgubnych konsekwencji dyktatury. (...) Dziś czuję, że przemierzyłam daleką drogę i dopiero teraz mogę i powinnam w pełni cieszyć się życiem, każdą chwilą. Dla mnie żyć zawsze będzie oznaczało walczyć o prawdę, o to, co uważam za sprawiedliwe, o moje przekonania".


Anna M.

annamatysiak.blogspot.com





 

"Dobre dziecko" Roma Ligocka

   Kraków i ja...




tytuł: Dobre dziecko
autorka: Roma Ligocka

wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 29 listopada 2012

 moja ocena: 6 / 6







Wiedziałam, że tak się stanie... Wzięłam książkę Romy do ręki i odłożyłam dopiero, gdy skończyłam czytać ostatnią stronę... Zawsze pochłaniam książki tej autorki. Niektóre z nich czytałam nawet kilka razy.

Tym razem "Dobre dziecko" - lektura trudna i wymagająca. Roma Ligocka wraca pamięcią do lat i wydarzeń, o których nie potrafiła pisać aż do tego czasu. Wiele z nich wymazała z pamięci i dopiero teraz wyłaniają się z zapomnienia. O wielu z nich może napisać tylko w przenośni, nie dopowiada wszystkiego, pozostawia otwarte, bolące pytania. Jak zawsze, pisze językiem dziecka, którym pozostała przez całe życie. Wspomina Kraków, matkę, szkołę. Można powiedzieć, że nic dobrego ją nie spotkało, ale jednocześnie te wydarzenia ukształtowały jej silną osobowość i wolę przeżycia.

W dzieciństwie wiele razy słyszała, że jest złym dzieckiem:
"Czarne oczy. Schowaj oczy. Jak można mieć takie czarne oczy? Mówili dorośli. Ona ma zły wygląd. Z takim wyglądem nie da się przeżyć"

Mała Roma uwierzyła dorosłym, starała się być niewidzialna, nie jadła, nie uśmiechała się, nie było jej. Uciekała całe dzieciństwo, żyła w strachu, nigdzie nie miała domu, zawsze się ukrywała i dalej uciekała.  Każdy jej mówił, że jest złym dzieckiem, że nie zasłużyła na ocalenie.

O przeżyciach wojennych można było przeczytać w książce "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku". Teraz Roma pisze o latach powojennych, trudnym okresie dorastania, życiu w cieniu przeszłości. Jak sama dodaje:
"Holocaust to nie wszystko (...) Cierpienie wtedy się nie skończyło, nie jest rozdzielane sprawiedliwie ani dawkowane porcjami. Przychodzi, kiedy chce i do kogo chce. Nikt nie może sobie nigdy powiedzieć, że dosyć - jego limit w życiu już się wyczerpał".
Często czytam wspomnienia ocalałych z Holocaustu...


więcej o książce na moim blogu: annamatysiak.blogspot.com


zapraszam :)

Anna M.

środa, 31 lipca 2013

Nikt nie woła - Józef Hen


Historia powstania książki jest nie mniej fascynująca niż sama treść. „Nikt nie woła” zawiera wątki autobiograficzne i opowiada historię siedemnastoletniego chłopca z Nowolipia, który w 1939 roku ucieka z Warszawy do Związku Radzieckiego. Pierwszą część pod tytułem „Boso” powstała w 1956 roku w czasie wielkiej odwilży i miała wtedy okazję się ukazać, Józef Hen jednak postanowił dokończyć tą historię i dopisać część drugą „W butach”. Kiedy ukończył swoją powieść czas odwilży również się skończył i wydanie tej książki stało się niemożliwe. Książka żyła jednak w formie maszynopisu, wiele osób ją czytało, między innymi Kazimierz Kutz, który na jej podstawie zrealizował film pod tym samym tytułem, zmieniając jeden wątek i przenosząc akcję z Uzbekistanu na ziemie odzyskane. Autor na wydanie swojej powieści czekał 33 lata, pierwszy raz ukazała się tuż po Okrągłym Stole, w 1990 roku, a w tym roku została wznowiona przez Wydawnictwo Literackie i zaopatrzona w posłowie napisane przez samego Józefa Hena.

Bogdan Berger zwany Bożkiem, polski Żyd, uciekł przed Niemcami, a jako że nie był pełnoletni nie posiadał również żadnego dokumentu tożsamości. Oderwany od rodziny i od książek, z głową nabitą literaturą i aktorską pasją, znajduje się na trudnym, niegościnnym radzieckim gruncie. Jego tułaczka doprowadza go aż do Uzbekistanu, w samym onucach, boso. Tam bywa bardzo zimno lub bardzo gorąco, a na dodatek prawie zawsze głodno. Bożek ma takie same pragnienia, jak każdy młody chłopak, a poza tym chce wreszcie najeść się do syta, mieć porządne buty i ubranie, a także znaleźć tą jedną jedyną, wybrankę swego serca. Jakże jednak znaleźć miłość swego życia pracując w batalionie pracy, boso i w łachmanach, kiedy jedyne kobiety z którymi ma się do czynienia to na ogół proste, brudne i wulgarne dziewczyny? Wiele się jednak zmienia, kiedy Bożek stawia się na rekrutację do Armii Andersa, niestety z powodu swojego żydowskiego pochodzenia dostaje kategorię „D”, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostaje mundur i upragnione buty. Jakże wiele wtedy zależało od rzeczy, które teraz wydają się nam oczywistością – buty i ubranie. Wtedy jednak był to powrót do społeczeństwa, szansa na znalezienie pracy, szansa na przetrwanie.

Druga część książki „W butach” to historia miłości. Miłości trudnej, bo bycie polskim Żydem było wtedy jedną z najgorszych opcji, szczególnie, gdy kochało się Ukrainkę i nie miało zbyt wiele okazji, aby się spotykać. Bieda ciągle pukała do drzwi, a głód zaglądał w oczy, toteż uczucie takie wymagało wiele determinacji i poświęcenia, nie obyło się również bez potknięć. Jaki był finał tej historii? O tym pisze sam Autor w posłowiu.

„Nikt nie woła” to piękna książka napisana bez zbędnego patosu i martyrologii.
Tak, jest żal, że taki młody, zdolny i wartościowy człowiek zamiast pogłębiać swoje talenty marnuje swoje najpiękniejsze lata na tułaczce. Jednakże to książka przede wszystkim o poszukiwaniu miłości, o wierności samemu sobie i niezatraceniu podstawowych wartości, które wynosimy z domu, a które czynią nas ludźmi. Strony książki pulsują emocjami, jest sporo złości, poczucia osamotnienia i niesprawiedliwości, tęsknoty za uczuciem i ukochaną kobietą. Czyta się wspaniale, wzrusza, niemal wyciska łzy. Prawdziwa perła. Dobrze, że przez tyle lat nigdzie nie zaginęła, wielka byłaby to strata do polskiej literatury.

Dodam jeszcze tylko, że Józef Hen na swojej wyboistej drodze do publikacji „Nikt nie woła” dopisał nawet dwa wcześniejsze tomy, których akcja dzieje się w Polsce, miał nadzieję, że książka jako trzecia część trylogii przejdzie cenzurę i będzie miała szanse się ukazać. Niestety, wydarzenia marca 1968 roku znowu to uniemożliwiły. Za to „Przed wielką pauzą” i „Opór” zdobyły wówczas znaczący sukces. Właśnie zakupiłam je na Allegro za szaloną sumę trzech złotych w jednotomowym wydaniu i już się cieszę, że poznam wcześniejsze losy Bożka i jego rodziny.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

poniedziałek, 29 lipca 2013

Czarny anioł - Mika Waltari

Wydawnictwo Książnica, Okładka miękka, 352 s., Moja ocena 6/6
Wspaniała, rewelacyjna powieść, na równi o wielkiej, niespodziewanej i od początku nie mającej szans miłości, jak i porywającym mieście, jakim był w połowie XV wieku Konstantynopol.
Mamy rok 1452, od kilku miesięcy trwa oblężenie miasta. Pewnego dnia do Konstantynopola przybywa rycerz Johannes Angelos. Jego celem była obrona chrześcijańskiego miasta i świata. Johannes skończył 40 lat, w XV wieku był to wiek, kiedy wielu (tych, którzy szczęśliwie dożyli) szykowało się na śmierć, wiadomo choroby, niebezpieczne życie etc. Nie inaczej jest z Johannesem. Przybył on do Konstantynopola, żeby pomóc wierze, ostatni raz spełnić swój obowiązek i najprawdopodobniej w tym mieście zakończyć życie. Los jednak lubi płatać figle i nigdy nie wiadomo, co jest komu pisane. Johannes poznaje bowiem piękną Annę Notaras, z pochodzenia Greczynkę wysokiego rodu. Ich miłość od początku skazana jest na niepowodzenie, żeby nie rzec zagładę. 
Co mnie urzekło w tej książce? Prawie wszystko, na równi postać Johannesa jak i Anny, ich miłość (taka prawdziwa, jak grom z jasnego nieba, od pierwszego wejrzenia), nieliczne wykradane ba wydzierane życiu spotkania, w trakcie których zapominają o wszystkim, o niebezpieczeństwie, o tym, że w zasadzie są bez szans, o oblężeniu miasta. 
Piękne słowa o miłości, wypowiedziane językiem epoki... 
 (...)Ujrzałem cię pierwszy raz i przemówiłem do ciebie. Było to tak, jakby przeszło przeze mnie trzęsienie ziemi (...) 
(...)Z ołowiu jest moje serce, z ołowiu jest krew w moich żyłach. Nienawidzę tego umierającego miasta, które wpatruje się ślepo w swoją przeszłość i nie chce uwierzyć, że zagłada zbliża się do jego wrót.(...)
Poza tym doskonałe, pełne szczegółów i faktów historycznych opisy Konstantynopola, miasta potężnego, przebogatego, które w XV wieku było mekką chrześcijańskiego świata, miasta, które jest o krok od zagłady, miasta, które lada moment upadnie. A upadek Konstantynopola oznaczał jednocześnie upadek pewnego stylu bycia, upadek części wpływów religii chrześcijańskiej, upadek świata i pewnej epoki. Co istotne, wszystkie fakty historyczne i większość postaci (poza Johannesem) są prawdziwe. Brawo dla autora za doskonałe przygotowanie merytoryczne. Końcowy opis masakrowanego, niszczonego, zgładzanego Konstantynopola i żyjących w nim ludzi, okrzyki Aleo he polis, czyli Miasto upadło, są niezwykle poruszające, każdego chwycą za serce. I na tym tle wielka, nie mająca szans miłość, taka jaka trafia raz w życiu i to nielicznym.
Do tego mistrzowskie dozowanie napięcia, budowanie atmosfery miłości, na równi z beznadziejnością i dążeniem do zagłady. Majstersztyk po prostu, powieść historyczna najwyższego lotu. Szkoda, że takich książek już się obecnie nie pisze. 
Zachęcam do lektury Czarnego anioła, po raz kolejny jestem po wielkim wrażeniem pisarskiego talentu fińskiego autora. Czarny anioł, to jedna z tych książek, które czyta się z zapartym tchem, a w trakcie lektury trzyma się mocno kciuki za głównych bohaterów. To także książka, o której myśli się jeszcze długo po zakończeniu lektury.

niedziela, 28 lipca 2013

Requiem dla młodego żołnierza Monte Cassino - Renee Bonneau.

 




       Walki o klasztor Monte Cassino  są jednakże  w książce jedynie tłem dla opowieści snutej przez ojca Matteo, zakonnika z opactwa cystersów w Casamari, w którym Niemcy utworzyli szpital dla swoich rannych żołnierzy. Zakonnicy opiekują się swymi wrogami z całym oddaniem wykonując wszelką niezbędna posługę łącznie z pochówkiem połączonym z modlitwą w ich intencji. Dla nich nie są to  wrogowie lecz ludzie niejednokrotnie przywiezieni w stanie krytycznym, straszliwie okaleczeni a  więc  potrzebujący pomocy i troski. Ojciec Matteo jest oprócz niemieckiego pielęgniarza  jedyną osobą  potrafiącą porozumieć się z rannymi w ich ojczystym języku co sprawia, że może im przynosić dodatkową ulgę w cierpieniu i robi to podtrzymując na duchu szczególnie umierających.

Czytaj więcej na blogu.

piątek, 26 lipca 2013

James Bond w sutannie. "Purpura i czerń" James P. Gallagher

James Bond w sutannie? Irlandzki ksiądz, który nie waha się użyć pięści, gdy ktoś go zdenerwuje? Nie dba o pozory czy zdanie swoich przełożonych. Dla niego liczy się tylko pomoc bliźnim i przykazania Boga. Człowiek, który pomógł tysiącom ludzi podczas II wojny światowej. Oto historia zapomnianego bohatera, monsiniora Hugha O'Flaherty'ego.

James P. Gallagher napisał książkę, która w sposób intrygujący i wciągający przybliża czytelnikom sylwetkę księdza, który uratował wiele istnień w trakcie Czasów Pogardy. Purpura i czerń, to jego pierwsza tak wielka publikacja, a na pewno ta, która na długie lata zapadnie w pamięci czytelników.


Innym razem (...) O'Flaherty całkowicie samodzielnie zorganizował operację wyrostka robaczkowego.

czwartek, 25 lipca 2013

Opowiem ci o wolności - Wacław Holewiński


Wacław Holewiński jest pisarzem, który porusza w swoich książkach temat, o którym ciągle mało się pisze. Ile powstało powieści dotyczących „żołnierzy wyklętych” walczących w Narodowych Siłach Zbrojnych? Niewiele. Autor „Opowiem ci o wolności” napisał wcześniej już dwie książki na ten temat. Pierwsza „Lament nad Babilonem” opowiada o losach Komendanta Głównego NSZ Tadeusza Danilewicza, a druga „Nie tknął mnie nikt” traktuje o dziejach kapitana Jana Morawca.
W „Opowiem ci o wolności” Wacław Holewiński zajął się tematem kobiet należących do NSZ, tych, o których się milczy, bo ani nie walczyły z bronią w ręce, ani nie rządziły, ani nie organizowały leśnych oddziałów. Prawda jest taka, że bez ich poświęcenia, bez ich ciężkiej pracy, podziemie nie mogłoby tak długo istnieć. Ani podczas wojny ani po. Być może wojna nie jest dla kobiet, ale bez nich niejednej wojny nie dałoby się prowadzić.

Maria „Agata” Nachtman oraz Walentyna „Platerówka” „Żabka” Stempkowska to postacie autentyczne. Autor pozbierał strzępki wiadomości o nich, rozmawiał z Jerzym Nachtmanem, a także korzystał z nagrania Jerzego Kułaka z Walą Stempkowską dla Archiwum Wchodniego Ośrodka Karta. Reszta jest fikcją literacką. Wiadomo, że obydwie odsiadywały swoje wyroki w Fordonie w tym samym czasie, ale nie ma żadnego dowodu na to, że się znały, a tym bardziej przyjaźniły, jak to jest w powieści.
„Agata” pochodząca z Mińska Mazowieckiego, „Żabka” z Brześcia, później mieszkająca w Białymstoku. Obydwie wychowane w patriotycznych rodzinach, w których Bóg i Ojczyzna wiele znaczyły. To te mocne, polskie korzenie powodowały, że za sprawą swoich braci stały się kolejnymi oczkami w sieci konspiracji. Kiedy składały przysięgę NSZ, te słowa dla nich znaczyły wszystko, bo przysięga była przysięgą. Walczyły nie tylko podczas wojny, ale także po jej zakończeniu, bo dla nich wojna wciąż trwała, wszak Polska znajdowała się wciąż pod radziecką okupacją. Nikt ich nie zwolnił z przysięgi, a więc swoją postawą dawały świadectwo, że wciąż wierzą i walczą o wolną Polskę. To ich doprowadziło do ubeckich katowni, a Walę jeszcze podczas wojny na przesłuchania w gestapo, a potem do obozu w Ravensbrück. Widziały i przeżyły wiele, były świadkami jak pękają najsłabsze ogniwa podziemnego świata. Te mocniejsze również. One się nie ugięły i zapłaciły za to. Nie tylko trzyletnim więzieniem, ale całym swoim życiem, którego nigdy rodzinnie sobie nie ułożyły, a i zawodowo nie powodziło im się dobrze. Gdyby nie okupacja, a szczególnie powojenna działalność w podziemiu, mogłyby być normalnymi, szczęśliwymi kobietami, takimi z poukładanym życiem, bez tygodniowego meldowania się na UB czy MO, bez przesłuchiwań z doskoku, wyzwisk. A nazywane były „faszystowskimi świniami”, były obywatelami najniższej kategorii.

„Opowiem ci o wolności” to  ważna i dobra książka. Czasami drażniło mnie migawkowe przedstawienie życia Marii i Wali, czasami brakowało pomiędzy nimi jakiegoś emocjonalnego spoiwa. Zdaję sobie jednak sprawę, że odtworzenie historii tych dwóch bohaterskich kobiet nie było łatwe. Nie każdą białą plamę da się załatać pisarską fantazją. Wacławowi Holewińskiemu mrówczą pracą udało się zrobić i tak dużo. Ile takich kobiet zaginęło bez śladu, ile rozstrzelano czy powieszono – nie dowiemy się nigdy.
W książce padają słowa wypowiedziane przez Walę: „Polska jest w nas. (...) To nie ci, którzy rządzą”. Ilu z nas tak jeszcze myśli? Wielu oddało za to życie. Pamiętajmy o tym.


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

środa, 24 lipca 2013

Wacław Holewiński "Opowiem Ci o wolności"

                                                     





II wojna światowa to okrutne, tragiczne wydarzenie w dziejach ludzkości. Sprawiła, że cały system wartości, jaki do tej pory wypracował człowiek, wszystkie dobra, które zdążył zdobyć legły w gruzach. Przyszłość Polski, przyszłość świata stanęła pod znakiem zapytania. Dobro-zło, radość-cierpienie, życie-śmierć, przestały być odróżniane, stały się pustymi słowami. Jednak nie wszyscy poddawali się. Niektórzy walczyli, nie pozwalali na zniszczenie siebie, na utratę wszelkich wartości. Walczyli, chociaż walka nie była równa.Próbowali choć trochę osłabić nieprzyjaciela i mieli poczucie, że są potrzebni, że ich czyny nie idą na marne.


Wacław Holewiński w swojej nowej powieści „Opowiem Ci o wolności” ukazuje nam losy dwóch początkowo zupełnie sobie obcych dziewczyn, Marii Nachtman i Walentyny Stempkowskiej. We wrześniu 1939 roku wstąpiły do walczącego podziemia, Narodowych Sił Zbrojnych.

Maria pseudonim „Agata” pochodziła z Mińska Mazowieckiego. Była córką inżyniera, pracownika huty szkła, siostrą Jerzyka, również zagorzałego działacza NSZ. Pełniła funkcję łączniczki. Roznosiła meldunki, rozwoziła gazety. Pomagała również w szpitalu, jako wolontariuszka i przyszła pani doktor. Robiła opatrunki, pomagała podczas operacji. Nieoficjalnie, po godzinach wolontariatu leczyła rannych żołnierzy z „leśnych oddziałów”, ukrywających się na melinach.
Wala pseudonim „Platerówna” a później „Żabka”. Urodziła się w Brześciu, skąd jako mała dziewczynka przeprowadziła się do Białegostoku. Była córką architekta, siostrą „Gienia” walczącego również w oddziałach NSZ, kurierką. Roznosiła wiadomości, leki, bandaże.

W 1945 roku dziewczyny przekonane były, że nareszcie są wolne, że całe zło związane z wojną już przeminęło. Chciały zacząć nowe życie. Zapomnieć o głodzie, strachu przed utratą życia. Chciały nareszcie być kochane, założyć rodzinę, mieć dom, dzieci. Ich marzenia były takie banalne.

Niechby było biednie, ale u siebie. Bez polityki, bez ciągłego drżenia o siebie. Dzieci do szkoły, jakiś gar zupy, wszyscy przy stole. Posłuchać muzyki, czasem potańczyć, prezenty na święta, kolędy.”

Niestety „szybko musiały zweryfikować swoje marzenia” Wstąpiły do Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, gdzie kontynuowały swoją walkę wobec komunistycznego wroga. Walkę, która zniszczyła im zdrowie, zrujnowała karierę zawodową, życie prywatne...W krótkim czasie obie zostały aresztowane. Przetrzymywane w okrutnych warunkach w aresztach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ciągle przesłuchiwane, bite, maltretowane, poniżane, torturowane, dzielnie znosiły tę gehennę...

Obie dziewczyny są postaciami autentycznymi. Wychowane w katolickich rodzinach, gdzie miłość i wiara w Boga, a także patriotyzm były przekazywane z pokolenia na pokolenie. Niestety ich losy, bohaterstwo nie zostały szczegółowo udokumentowane. Autor odtwarzał życiorysy kobiet na podstawie strzępków informacji dodając od siebie wiele zmyślonych wątków, ale istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że często pokrywają się one z prawdziwą wersją życia Marii i Wali.

Wacław Holewiński swą powieść podzielił na dwa główne działy. Jeden to historia Marii, w drugim mamy opisane życie Walentyny. Każdy z działów ma kilkustronicowe rozdziały opatrzone króciutkim wstępem, napisanym kursywą, umieszczonym w górnym prawym lub lewym rogu książki. Pierwszy raz spotkałam się z tak ciekawym, nowatorskim sposobem pisania. Początkowo nie wiedziałam o co chodzi, czułam się zagubiona, tym bardziej, że każdy wstęp w części opisującej Marię podpisany jest imieniem Wala, a w części opisującej Walentynę, Maria.
Wprowadzenie jest ważne, gdyż zawiera całą puentę, a rozdział stanowi jej rozwinięcie. Bez przeczytania wstępu możemy troszkę się pogubić, gdyż autor nie opisuje dzień po dniu życia bohaterek. Przeskakuje o kilka dni, miesięcy opisując te najważniejsze momenty życia dziewcząt.W książce nie mamy również przedstawionych dokładnie faktów z wojny, opisów walki, zniszczeń.O tym czytamy jakby między wierszami, to nie stanowi głównej wartości treści. Autor przede wszystkim skupia swoją uwagę na życiu kobiet, a szczególnie na momentach kiedy dziewczyny są aresztowane i przesłuchiwane. Dlaczego akurat na kobietach, skoro to mężczyźni głównie wydawali rozkazy i grali pierwsze skrzypce w NSZ i NZW? Dlatego, że większość dziennikarzy, autorów poczytnych powieści pomija fakt, że kobiety również z wielkim poświęceniem, odwagą i determinacją podejmowały walkę z wrogiem.

Wszyscy jesteśmy im winni najwyższy podziw. Jak by nie zabrzmiało to patetycznie-bez nich Polska byłaby inna”
Po przeczytaniu "Opowiem Ci o wolności" jestem ogromnie wzruszona i nie ukrywam, że były momenty, kiedy łzy pojawiły się na moich polikach. Serce mi drżało, dłonie zaciskały się w pięści, a przez umysł przebiegały myśli "jak można, w tak okrutny sposób traktować drugiego człowieka".
Dowiedziałam się wielu ciekawych faktów dotyczących działalności organizacji NSZ i NZW, bo w latach kiedy uczęszczałam do szkoły, na lekcjach historii nie podejmowało się rozmów na powyższe tematy. Myślę, że każdemu z nas przydałaby się odrobina lekcji historii, a szczególnie tym, którzy podobnie jak ja, nie znali wielu szczegółów dotyczących dziejów „żołnierzy wyklętych” Pamiętajmy o nich, bo przecież większość z nich już nie żyje i jeżeli my nie będziemy przekazywać sobie tych wiadomości z pokolenia na pokolenie, to za kilkadziesiąt lat nikt nie będzie wiedział, o tym, że kobiety również, a może przede wszystkim były dzielne i potrafiły walczyć!!

niedziela, 21 lipca 2013

Śród żywych duchów

Turkot wozu konnego towarzyszył ostatnim chwilom życia i pierwszym po śmierci straconym w więzieniu na Rakowieckiej w latach 1945-1955. Przez władze komunistyczne uznani za zdrajców, nie byli to bohaterowie bezimienni, ale kaci próbowali odrzeć ich z człowieczeństwa, godności. Ciała trafiały do anonimowych grobów, by pamięć o nich zaginęła, by nikt nie przywoływał ich nazwisk, by wszelki ślad po ich istnieniu został zatarty. Tak się jednak nie stało.
Małgorzata Szejnert reporterka i pisarka w roku 1990 wydała w Londynie książkę Śród żywych duchów, która w Polsce ukazała się w 2012 r. Jak o niej pisze autorka: „Mówi ona o tym, jak trudno było odkrywać to, co zatajano przez dziesięciolecia. Im dalej od tamtych lat, tym bardziej zapominamy o panującym wtedy milczeniu. Albo o nim nie wiemy. (…) książka powinna pozostać swego rodzaju dokumentem – o ówczesnym stanie wiedzy, o zacieraniu pamięci, o tym, jak w okresie przełomu odzyskiwano zdolność mówienia, i o tym, czego się już nie dowiemy” (s. 380). W polskim wydaniu nie ma zatem nowych danych i faktów, które od pierwszej publikacji zostały ustalone, tylko w aneksie dodana została lista 239 straconych na Mokotowie w latach 1945-55.
Więcej na blogu Hominem Quaero