Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anetapzn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anetapzn. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lipca 2013

Czarny anioł - Mika Waltari

Wydawnictwo Książnica, Okładka miękka, 352 s., Moja ocena 6/6
Wspaniała, rewelacyjna powieść, na równi o wielkiej, niespodziewanej i od początku nie mającej szans miłości, jak i porywającym mieście, jakim był w połowie XV wieku Konstantynopol.
Mamy rok 1452, od kilku miesięcy trwa oblężenie miasta. Pewnego dnia do Konstantynopola przybywa rycerz Johannes Angelos. Jego celem była obrona chrześcijańskiego miasta i świata. Johannes skończył 40 lat, w XV wieku był to wiek, kiedy wielu (tych, którzy szczęśliwie dożyli) szykowało się na śmierć, wiadomo choroby, niebezpieczne życie etc. Nie inaczej jest z Johannesem. Przybył on do Konstantynopola, żeby pomóc wierze, ostatni raz spełnić swój obowiązek i najprawdopodobniej w tym mieście zakończyć życie. Los jednak lubi płatać figle i nigdy nie wiadomo, co jest komu pisane. Johannes poznaje bowiem piękną Annę Notaras, z pochodzenia Greczynkę wysokiego rodu. Ich miłość od początku skazana jest na niepowodzenie, żeby nie rzec zagładę. 
Co mnie urzekło w tej książce? Prawie wszystko, na równi postać Johannesa jak i Anny, ich miłość (taka prawdziwa, jak grom z jasnego nieba, od pierwszego wejrzenia), nieliczne wykradane ba wydzierane życiu spotkania, w trakcie których zapominają o wszystkim, o niebezpieczeństwie, o tym, że w zasadzie są bez szans, o oblężeniu miasta. 
Piękne słowa o miłości, wypowiedziane językiem epoki... 
 (...)Ujrzałem cię pierwszy raz i przemówiłem do ciebie. Było to tak, jakby przeszło przeze mnie trzęsienie ziemi (...) 
(...)Z ołowiu jest moje serce, z ołowiu jest krew w moich żyłach. Nienawidzę tego umierającego miasta, które wpatruje się ślepo w swoją przeszłość i nie chce uwierzyć, że zagłada zbliża się do jego wrót.(...)
Poza tym doskonałe, pełne szczegółów i faktów historycznych opisy Konstantynopola, miasta potężnego, przebogatego, które w XV wieku było mekką chrześcijańskiego świata, miasta, które jest o krok od zagłady, miasta, które lada moment upadnie. A upadek Konstantynopola oznaczał jednocześnie upadek pewnego stylu bycia, upadek części wpływów religii chrześcijańskiej, upadek świata i pewnej epoki. Co istotne, wszystkie fakty historyczne i większość postaci (poza Johannesem) są prawdziwe. Brawo dla autora za doskonałe przygotowanie merytoryczne. Końcowy opis masakrowanego, niszczonego, zgładzanego Konstantynopola i żyjących w nim ludzi, okrzyki Aleo he polis, czyli Miasto upadło, są niezwykle poruszające, każdego chwycą za serce. I na tym tle wielka, nie mająca szans miłość, taka jaka trafia raz w życiu i to nielicznym.
Do tego mistrzowskie dozowanie napięcia, budowanie atmosfery miłości, na równi z beznadziejnością i dążeniem do zagłady. Majstersztyk po prostu, powieść historyczna najwyższego lotu. Szkoda, że takich książek już się obecnie nie pisze. 
Zachęcam do lektury Czarnego anioła, po raz kolejny jestem po wielkim wrażeniem pisarskiego talentu fińskiego autora. Czarny anioł, to jedna z tych książek, które czyta się z zapartym tchem, a w trakcie lektury trzyma się mocno kciuki za głównych bohaterów. To także książka, o której myśli się jeszcze długo po zakończeniu lektury.

poniedziałek, 20 maja 2013

Wstręt do tulipanów - Richard Lourie

Wydawnictwo Znak, Okładka miękka, 208 s., Moja ocena 5/6
Trudna książka i w sumie nie wiem, czy podobała mi się czy nie. Na pewno jest to pozycja potrzebna i wartościowa. Ale po kolei...
Opowieść rozpoczyna się kilkadziesiąt lat po zakończeniu II wojny światowej. Spotykają się dwaj bracia, obydwaj w słusznym wieku. Młodszy z braci, Willem namawia starszego o kilka lat Joopa na wojenne wspomnienia...
Cofamy się w czasie. Joop opowiada o trudach okupacji. opowiada o problemach z jedzeniem, strachu przed śmiercią, nalotami, ale także o problemach i rozłamie, jaki przechodziła ich rodzina. Efektem trudnej sytuacji rodzinnej jest jej powojenny rozpad. 
Ale wróćmy do wojennej opowieści Joopa. Przed oczami męźczyzny niczym stop klatki z filmu przesuwają się obrazy wojennej rzeczywistości.Razem z nim śledzimy dnie, tygodnie, miesiące. Jesteśmy świadkami drobnych radości, dowiadujemy się jakim skarbem może być kostka najtańszego mydła, lepsze jedzenie, czy najprostsza zabawka. Śledzimy także starania Joopa... nie nie starania, wręcz żebranie u ojca o okruchy miłości, akceptacji. Poznajemy także dziecięce sposoby na dokuczenie Niemcom, np. wsypywanie piasku do baków ich aut.
Dochodzimy tez do momentu, gdy Joop wyznaje, że zachęcony przez krewnego nazistę wskazał kryjówkę rodziny Anny Frank i automatycznie wydał jej rodzinę i przyjaciół na śmierć. Dlaczego to zrobił? Przecież nawet będąc dzieckiem musiał zdawać sobie choć w minimalnym stopniu sprawę z konsekwencji swojego czynu. Co więc nim kierowało?
Do Joopa powraca koszmar, o którym raz na zawsze chciał zapomnieć. Tylko on zna tajemnicę, którą pragną poznać miliony ludzi na całym świecie - kto i dlaczego wydał Annę Frank?
Jednocześnie razem z Joopem zastanawiamy się, jak daleko może posunąć się człowiek w czasie wojny? Jak daleko można się posunąć nie broniąc rodziny tylko zabiegając o akceptację ojca? Co jesteśmy w stanie zrobić dla bliskich, żeby nas kochali. Wszystko...ale czy na prawdę? Czy każdy czyn można wytłumaczyć, usprawiedliwić?
Wstręt do tulipanów to gorzka, ale ważna opowieść o okrucieństwie wojny i okrucieństwie bliskich wobec nas samych. To także opowieść o wyrzutach sumienia, które nigdy nie mijają, o traumie, która częstokroć kryje się na dnie naszej duszy po to, żeby ujawnić się w najmniej spodziewanym momencie. 
To także opowieść o zazdrości, tak silnej, że...a tego sami się dowiecie w trakcie lektury. 
Tą niewielka książeczkę czyta się błyskawicznie. Raz, że tematyka choć z pozoru wydaje się zwyczajna, wyeksploatowana w innych formach literackich aż do bólu (bo kto nie słyszał/czytał o Annie Frank?!) to jednak tutaj została ukazana w sposób zupełnie nowy. Dodatkowym atutem jest także sposób narracji, dorosły męźczyzna opowiada o odczuciach i przeżyciach dziecka.
Jest to na pewno pozycja wieloznaczna i każdy z nas może ją odebrać inaczej. 
Książka zszokowała mnie, pochłonęła (nie mogłam się od niej oderwać), ale czy mi się podobała...dalej nie wiem.
Niemniej zachęcam gorąco do lektury, na prawdę warto.

sobota, 20 kwietnia 2013

Berlin, póżne lato - Grzegorz Kozera

Wydawnictwo Dobra Literatura, Okładka miękka, 208 s., Moja ocena 5,5/6  
Zaczęłam wczoraj czytać Szmaragdową tablicę, ale coś mnie jednak pociągnęło do tej niewielkiej, niepozornej książeczki, jaka jest Berlin, póżne lato.  
I niedobrze, oj niedobrze. Czytałam do godz. 1.00. Od 1 strony wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot.
Autor, zupełnie mi dotąd nieznany, opowiada piękną, poruszającą historię, która być może wydarzyła się na prawdę, a na pewno miała możliwość wydarzyć się.
Mamy apogeum II wojny światowej, 1943r., Berlin. 45-letni Otto Peters, główny bohater, to mężczyzna samotny, smutny, zagubiony w berlińskiej codzienności dnia powszedniego. Jedyny syn zginął na froncie, żona zmarła do końca będąc wielką zwolenniczką i propagatorką nazizmu. Otto mieszka sam, pracuje u przyjaciela w księgarni, gdzie sprzedaje się tylko prawidłowe ideologicznie książki, czyli głównie propagandowy chłam nazistów, a nie prawdziwą, wartościową literaturę. Męźczyzna po pracy wraca do domu, po drodze wstępując do sklepu i wykorzystując przydział kartkowy kupuje niewielkie racje żywności. 
Otto dusi się w tym swoim życiu, które nie jest życiem, a wegetacją. Najprawdopodobniej dotrwałby w takim stanie do końca wojny (o ile nie zginąłby w czasie nalotu), gdyby pewnego dnia nie zszedł do piwnicy. Ten moment zaważył na całym jego póżniejszym życiu. W piwnicy znajduje ukrywającą się Polkę, Helenę Kamińską, która uciekła z obozu koncentracyjnego. Peters, wbrew rozsądkowi, decyduje się pomóc kobiecie. Jednocześnie od jednego z dostojników Gestapo dostaje propozycję pracy nad scenariuszem propagandowego filmu. Przyjęcie tej oferty oznacza z jednej strony zaprzedanie duszy diabłu, a z drugiej lepsze życie, lepsze jedzenie, łatwiejszy dostęp do luksusowych towarów i uciech zagwarantowanych tylko dla niewielkiego grona wiernych wyznawców i współpracowników Hitlera, względne bezpieczeństwo. Czy Peters przyjmie ofertę współpracy?
Ciężko chora Helena opowiada mężczyżnie o obozowej gehennie, o ucieczce. On z kolei opowiada jej o jedynym synu, który po wyruszeniu na wojnę stał się katem. Opowiada też o żonie, która popierając ideologiczne hasła Hitlera stała się największym wrogiem męża.
Otto staje przed tragicznymi wyborami. W trakcie lektury długo się zastanawiałam, jak ja postąpiłabym na jego miejscu. Czy potrafiłabym pomóc obcej osobie narażając się tym samym na śmierć? Trudno podejmować decyzje nie będąc na miejscu bohatera, ale nie jestem pewna, czy miałabym odwagę zachować się jak Otto.
Jego decyzja o wpuszczeniu kobiety do mieszkania, to jednak dopiero początek całej historii.   
Jak rozwinie się znajomość Otto z Heleną? Czy w oszalałym wojną świecie jest miejsce na inne uczucia niż nienawiść? Czy warto postąpić zgodnie z sumieniem i narazić się na straszną karę, czy może lepiej iść z nurtem historii i udawać, że nic się nie stało?
Wstrząsająca książka, nie tyle ze względu na opis wojennej rzeczywistości (to mamy w wielu innych pozycjach) ale ze względu na trudne wybory i tragiczne zakończenie i to nie takie o jakim na pewno myślicie. Końcowa decyzja męźczyzny całkowicie mnie zaskoczył. Jednak po krótkiej chwili, po przemyśleniu uznałam, że nie miał on większego wyboru, ba nie miał żadnego.
Mogłabym pisać i pisać o treści, ale cokolwiek więcej napiszę i tak nie odda ducha i przesłania książki. Zatem gorąco zachęcam was do sięgnięcia po tę niepozorną lekturę. Wierze, że wstrząśnie ona wami, ale jednocześnie sprawi niemałą przyjemność ze względu na wartość i doskonały warsztat pisarski autora. A całość czyta się błyskawicznie, od lektury nie sposób się oderwać. Polecam.

piątek, 19 kwietnia 2013

Wypędzone. Historie Niemek ze Śląska, Pomorza i Prus Wschodnich. Trzy szczere świadectwa kobiet bezbronnych wobec zwycięzców.

Wydawnictwo Naukowe PWN, Okładka miękka, 192 s., Moja ocena 6/6
Bohaterkami książki są trzy niezwykle boleśnie doświadczone przez los kobiety - Helene Plüschke, Esther von Schwerin, Ursula Pless-Dam. Ktoś może powiedzieć, a Niemki, okupacja dobrze im tak. Nie zgadzam się. Tego czego były one świadkami i co przeżyły nie życzę najgorszemu wrogowi. Głód, nędza, brud, strach to najmniejsze zło, jakie wyziera z ich opowieści. Dużo gorsza jest utrata własnej godności, człowieczeństwa i nadziei. 
Te kobiety były gwałcone, bite, okradane, pluto na nie, ubliżano im, a na koniec musiały opuścić swoje własne domu. 
Wszystkie kobiety opowiadają o strasznej gehennie, którą przeżyły, ale najbardziej wstrząsnęły mną wspomnienia Helene Plüschke. Koszmar nie do uwierzenia, który staje się jeszcze bardziej przejmujący ponieważ czytamy pamiętniki kobiet.
(...) 14 lutego - Już nigdy nie zapomnę dotknięcia lufy karabinu na twarzy. I jak wstaję na rozkaz: "Frau, komml". Rozwierają się przede mną bramy piekieł.
Dwóch albo trzech podpitych rosyjskich żołnierzy zaciąga mnie do sieni. Czuję smród samogonu, męski pot, woń prochu i dymu od ich brudnych mundurów. Jeden spogląda na mnie, jakby chciał mnie pożreć, pociąga łyk z butelki i oblizuje usta. Czuję, jak ogarniają mnie mdłości, obrazy jakichś koszmarnych scen przemykają mi przez głowę. Zesztywniała ze strachu, nie mam siły krzyczeć.
Jakiś wysoki mężczyzna po prostu mnie przewraca, pochyla się nade mną i odsłania zęby. Próbuję doczołgać się do ściany, żeby się skryć. Mężczyzna chwyta mnie za nogi i przyciąga do siebie jak kawał drewna. W tej samej chwili zrywa mi spódnicę, a ja leżę na plecach z wyciągniętymi ramionami, niezdolna poruszyć się albo bronić. Ostry ból przeszywa ciało. Żołdak lufą karabinu rozdziera mi bluzkę aż do szyi. W tym momencie mogę znowu nabrać oddechu i zaczynam krzyczeć. Żołnierze wrzeszczą, klaszczą w dłonie i piją. Najwyższy i najbardziej odrażający brzegiem dłoni zadaje mi cios w twarz i wpycha brudną szmatę w usta. Mogę jeszcze tylko jęczeć.(...)
Na nich, na tych niewinnych kobietach i ich dzieciach skupiła się nienawiść Polaków i żołnierzy radzieckich po zakończeniu wojny. To je winiono za lata upokorzeń, okupację, śmierć najbliższych. A przecież one nie miały z tym nic spólnego. Tak jak sąsiadki Polki były matkami, żonami, walczyły o przetrwanie, za wszelką cenę chroniły dzieci. Czy dlatego były winne, że były Niemkami? Nie można przecież za zbrodnie nawet sporej grupy żołnierzy winić cywili. Ale jak pisze jedna z kobiet Jak ktoś nie walczył z Trzecią Rzeszą to był winny!
Brawa dla Ośrodka Karta i Wydawnictwa PWN za wydanie tych wspomnień. W naszej świadomości częstokroć (o ile nie na ogół) nadal mamy monopol na martyrologię i wszelkie zło jakie się wydarzyło w okresie II wojny światowej przydarzyło się tylko nam, nikomu innemu. O pokrzywdzonych Niemcach (Niemkach w szczególności) rzadko kto wspomina. 
Wspomnienia tych trzech kobiet ukazują jaki koszmarny los musiała przejść większość z opuszczających ziemie odzyskane Niemek. Jak podają badacze z Ośrodka Karta, w latach 1944-1949 tereny przyłączone do Polski opuściło ponad 8 milionów Niemców. Liczbę ofiar śmiertelnych tych wysiedleń szacuje się na 400 tysięcy. To także byli ludzie, tacy jak my. Wśród Niemców także byli dobrzy ludzie, tak samo jak wśród Polaków żli. 
Zachęcam do lektury, po to, żeby sobie uświadomić koszmar innych i spróbować wyobrazić siebie na miejscu tych trzech kobiet.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Morfina - Szczepan Twardoch

Wydawnictwo Literackie, Okładka miękka, 580s., Moja ocena 5.5/6
Szczepanowi Twardochowi udało się mnie zachwycić, chociaż zabierałam się do tej książki z dużą dozą nieufności. 
Autor stworzył antybohatera, którego niezmiernie polubiłam, któremu kibicowałam przez całą lekturę.
Akcja rozpoczyna się na samy początku II wojny światowej, a ów antybohater to Konstanty Willemann, syn Niemca i spolszczonej Ślązaczki. Mimo posiadania wysokiego stopnia oficerskiego, Konstanty ma w nosie wojnę ojczyznę (obojętnie którą by wziąć pod uwagę, i tak ma ją w nosie) i robi wszystko, ale to dosłownie wszystko, żeby uniknąć powołania do wojska i przetrwać we względnym spokoju okupację. Ale to ma być jego, Kostkowy spokój. Spokój ten ma polegać na tym, żeby nikt mu przysłowiowych 4 liter nie zawracał, do walki za ojczyznę nie zmuszał i niewierności nie wymawiał. Bo Kostek ma kochani żonę i dziecko. Jednak czas zamiast z rodziną woli spędzać z paniami lekkich obyczajów, upijając się i narkotyzując i pilnując żeby go do wojska nikt nie wcielił. Taaak, trzeba mieć jakieś priorytety w życiu.
Konstanty ma więc plan wojenny, przetrwać w spokoju. Jednak plany planami, a życie czasami lubi płatać figle. Pewnego dnia Kostek poznaje przywódcę jednej z organizacji podziemnych i zaczyna się...ale co, to już tego nie zdradzę.
Nie mam pojęcia, dlaczego Morfina, aż tak mi się spodobała i polubiłam głównego bohatera. Obiektywnie muszę przyznać, że to mężczyzna z wyjątkowo paskudnym charakterem, uosabia wszystko to, czego we własnym mężu nigdy nie chciałoby się znaleźć. Jednak mimo mnóstwa niezaprzeczalnych wad, Kostek da się lubić.
Plusem jest narracja w pierwszej osobie, która jest doskonałym zabiegiem, sprawia, że mamy odczucie uczestniczenia w pokręconym życiu Willemanna. Dodatkowo niezwykle szybkie zwroty akcji sprawiające, że od lektury trudno się oderwać. Nie należy jednak w Morfinie szukać wielkich scen batalistycznych, konspiracyjnych akcji, poświęceń dla ojczyzny. Nic z tych rzeczy, Morfina to nie Czas honoru. Ale może dzięki temu jest to książka niezwykle prawdziwa. Ilekroć czytam o walecznych partyzantach, siłach zbrojnych etc w czasie II wojny światowej, wszyscy są dzielni, gotowi zginąć za ojczyznę. Zawsze miałam wątpliwości, czy faktycznie każdy w tym okresie był gotów ginąć za Polskę. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Nie neguję i nie umniejszam bohaterstwa walczących o nasz kraj, ale nie wierzę, że wszyscy tacy byli. Na pewno była grupa osób, które nie ważne jak, ale chciały przeżyć i Szczepan Twardoch pokazuje takich ludzi.
Udało mu się przy tym narysować sylwetki pełnokrwistych ludzi z ich wszystkimi wadami i zaletami (tych ostatnich jest zdecydowanie mniej). Mimo wszystko warto ich poznać.
Jednak co najważniejsze, Morfina, to 580s. doskonałej polskiej literatury. Zachęcam do lektury w trakcie której będziecie śmiać się, pomstować, otwierać oczy z niedowierzania, a i brzydkie słowo czasami wam się wymknie (no bo jak tu nie używać niecenzuralnego słownictwa w stosunku do Kostka, nie da się). 
Miłej lektury i pobytu w oportunistycznym świecie Konstantego Willemanna:)

środa, 27 marca 2013

SS historia pisana na nowo - Adrian Weale

Wydawnictwo Dolnośląskie, Okładka twarda, 342 s., Moja ocena 6/6
Od wielu lat SS wzbudza nienawiść, niechęć, ale i ogromna ciekawość. Powodem jest przede wszystkim istotna rola, jaką ta organizacja odegrała w Holokauście.
Jednak SS to nie tylko zbrodnie, to także okrutna, choć nieodmiennie fascynująca historia.
Schutzstaffel (taka jest pełna nazwa SS) czyli oddział ochrony, powstał w 1925r. Z założenia miał to być oddział ochroniarzy stawiającego pierwsze kroki w polityce Adolfa Hitlera i innych wysokich dygnitarzy NSDAP. 

Przez kolejne 3 lata SS faktycznie tylko chroni polityków NSDAP.
Wszystko zmienia się w 1929r., kiedy szefem tej organizacji zostaje Heinrich Himmler. SS dostaje nową, zupełnie odmienną od wcześniejszej ideologię, w całym kraju powstają błyskawicznie nowe oddziały SS. Himmler błyskawicznie przejmuje kontrolę nad policją i strukturami bezpieczeństwa w Niemczech. SS zaczyna być (jak głoszono) organem wykonawczym wodza, czyli Hitlera.
SS zaczyna niestety działać. Cechą charakterystyczną był nowy system dowodzenia, tzw. Auftragstaktik. Polegał on na tym, iż rozkazy wydawane na najwyższym szczeblu miały tylko zarys ogólny, ot taki konspekt. Decyzje, jak te rozkazy wykonać, zapadały najniżej jak tylko się dało. Zapewniało to członkom SS sporą samodzielność (oczywiście w granicach ideologicznych) i elastyczność.
Zarówno SS, jak i Himmler zrobili ogromna karierę. Można się zastanawiać dlaczego. Zdaniem autora książki przede wszystkim dlatego, iż byli gotowi wykonać każdy, nawet najbardziej absurdalny i okrutny rozkaz Hitlera.
Przykładów poddaństwa Himmlera i jego oddziałów można by mnożyć wiele. Najbardziej drastycznym i mówiącym wszystko jest moment, kiedy Hitler zdecydował, że nieuleczalnie chorzy, homoseksualiści, upośledzeni mają zginąć. Wtedy Himmler dostarczył ludzi do obsługi komór gazowych i wynoszenia ciał. Trzeba pamiętać, że prawie wszyscy lekarze, pielęgniarki i personel pomocniczy w obozach zagłady, ale nie tylko, rekrutowała się z SS.
Nie będę tutaj opisywać zbrodni jakich dopuściło się SS, osoby zainteresowane zachęcam do sięgnięcia po książkę. Gwarantuję, że to co wiecie z lekcji historii o SS jest tylko niewielkim ułamkiem tego, co zawarł w swojej książce Weale.
Od razu jednak zaznaczam,  że autor nie epatuje zbrodniami okrucieństwem, opisuje je to fakt, ale ma to silne uzasadnienie. Bez opisów dokonań SS i Himmlera trudno napisać historię tej organizacji, ale nie to, nie same zbrodnie są w tej książce istotne. Weale bazując na nieujawnionych nigdy dotąd dokumentach stara się objaśnić realia w jakich SS powstało, co doprowadziło do ogromnej popularności tej organizacji (także wśród zwyczajnych ludzi), ukazuje ideologię, procesy decyzyjne i dążenia. Autor próbuje zrozumieć, jak zaledwie kilka osób mogło stworzyć tak okrutną, pozbawioną jakiegokolwiek człowieczeństwa organizację. Stara się także wyjaśnić,  w jaki sposób grupa ludzi mogła uwierzyć w taką a nie inną ideologię i czy na prawdę wierzyli?!
Książka podzielona jest na 25 rozdziałów i obejmuje okres od początku NSDAP aż do ostatniego aktu, którym był koniec II wojny światowej. Całość napisana jest przystępnym językiem i ozdobiona licznymi, często unikalnymi fotografiami. Co istotne autor nie bombarduje nas datami, nazwiskami, owszem używa ich, ale tylko w takim zakresie w jakim jest to niezbędne. Książkę czyta się doskonale, niczym okrutny, ale jakże wciągający thriller historyczny...tak, chyba taki gatunek literacki byłby odpowiednim określeniem.
Jestem pod ogromnym wrażeniem, raz ze względu na ogrom wykonanej przez autora pracy i niezwykle przystępne jej opracowanie, a dwa ze względu na nadal dla mnie niezrozumiałą skłonność ludzi do dokonywania zła. 
SS historia pisana na nowo jest doskonałą pozycją pozwalając zrozumieć cały proces kształtowania się oraz działalności SS i nazistowskiego terroru i reżimu.

piątek, 8 marca 2013

Poślij chociaż słowo - Orlandi Figes

Wydawnictwo Magnum, Okładka twarda, 416 s., Moja ocena 6/6
To jedna z tych książek, których się nie czyta, a pochłania i o których długo się pamięta.
Autor,  profesor University of London, a wcześniej wykładowcy w Trinity College w Cambridge. Dotychczas dzięki Wydawnictwom Magnum i Dolnośląskiemu, mieliśmy okazję poznać jego opowieści o: rosyjskiej rewolucji Tragedia narodu, a także Taniec Nataszy i Szepty .
O Tańcu Nataszy Simon Sebag Montefiore, autor znakomitej książki Stalin. Dwór czerwonego cara, napisał: Arcydzieło jednego z najlepszych gawędziarzy wśród historyków nowożytnej Rosji.(...)
Ja jeszcze żadnej z w/w pozycji nie miałam okazji przeczytać, ale po lekturze Poślij chociaż słowo, na pewno po nie sięgnę. 
Figes opowiada niewiarygodna wręcz historię dwojga młodych ludzi, którzy mieli szczęście spotkać się, pokochać, ale nieszczęście, że uczynili to w stalinowskiej Rosji. Historia powiecie, jakich wiele. Tak, ale jest to historia opart na faktach, a konkretnie na kilku tysiącach listów, które Lew i Swietłana Mieszcznkow mieli okazję wymienić między sobą.
Byli młodymi ludźmi, inteligentnymi, niebanalnymi, szczęśliwymi, którzy poznali się na studiach w latach 30. XX w. Oboje studiowali na Moskiewskim Uniwersytecie, na Wydziale Fizyki. Niestety rozdzieliła ich II wojna światowa. Póżniej Lew zostaje uwięziony w łagrze.Mężczyzna odsiadywał wyrok w Peczorze, jednym z najbardziej osławionych stalinowskich obozów pracy.
Pierwszy list napisany został w połowie 1946r., a ostatni pod koniec 1954r.
Lew i Swietłana pisywali do siebie regularnie dwa razy w tygodniu. Zadziwiające jest jak udało im się przesyłać sobie listy omijając cenzurę i biorąc pod uwagę wszystkie niedogodności związane z uwięzieniem. Lew opisywał gułag, dzień codzienny, swoją sytuację, pisał też o wpływie jaki cała sytuacja ma na niego, na jego psychikę.
Swietłana z kolei opisywała ze szczegółami powojenną Moskwę i swoje życie w niej, które z każdym dniem stawało się trudniejsze.
Właśnie fakt, iż są to teksty nieocenzurowane, sprawia, że są tak wartościowe pod względem historycznym, wręcz bezcenne.
Najbardziej poruszyły mnie nie opisy niewoli, gułagu (bo takich opisów czytałam wiele), a opisy tęsknoty Swiety, która przez tyle lat wiernie czekała na ukochanego i nawet przez myśl jej nie przeszło, że on nie wróci. To była miłość. Tym bardziej, że więżniowie gułagów na ogól tracili życie, a ci którzy przeżyli zazwyczaj tracili rodziny. Lew i Swietłana byli wyjątkiem. Już sama korespondencja była zagrożeniem, w każdej chwili ktoś mógł ją odkryć i oboje mogli zostać zgładzeni. Ich miłość była tak wielka, że dodatkowo spotykali się od czasu do czasu oraz przechowywali wszystkie listy.
Jak im się to udawało? Co się stało, gdy Lew opuścił gułag? Jakie były ich dalsze losy? Czy miłość przetrwała próbę czasu? Czy wspólne życie na wolności było możliwe?
Tego dowiecie się z książki.
Niektóre fragmenty listów są na prawdę głęboko wzruszające...  
Chciałabym tylko zobaczyć, że jesteś obok, kiedy się rano obudzę, a wieczorem opowiedzieć Ci, co się stało wszystko, co się stało w ciągu dnia, popatrzeć Ci w oczy i przytulić się do Ciebie. Ale na razie wystarczyłoby, gdybym dostała Twój dziesiąty list.(...)
Cennym uzupełnieniem jest spora ilość zdjęć obojga bohaterów i ważnych momentów z ich życia.
Gorąco zachęcam do lektury. Cokolwiek więcej napiszę o tej książce i tak nie odda jej ducha. Musicie sami poznać losy Swiety i Lwa.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Tu - Kim Thuy


Wydawnictwo Drzewo Babel, Okładka miękka, 160 s., Moja ocena 5,5/6
Trochę czasu upłynęło od momentu,  kiedy książkę dostałam. Wiedziałam, że to będzie fascynująca, acz niełatwa lektura i musiałam trafić u siebie na odpowiedni moment, żeby w pełni ją docenić. 
Gdy ten moment nadszedł, gdy rozpoczęłam lekturę, od książki nie mogłam się oderwać. Gwarantuję, że z wami będzie tak samo.
Kim Thuy, autorka Ru ur. się w 1968r. w Sajgonie. Mając 10 lat wyemigrowała z rodzina do Kanady. Ru to jej debiut literacki, ale za to jaki. 
Pogrzebałam trochę w sieci i nie znalazłam żadnej pewnej informacji na ile książka jest pozycją autobiograficzną. Jednak od początku lektury towarzyszy mi uczucie, że korzenie Ru tkwią w dzieciństwie Kim Thuy. Skąd takie przekonanie? A stąd, że autorka z wielkim uczuciem opowiada nam historię dziewczynki o imieniu Ru, która musi uciekać z ogarniętego okrutną i całkowicie bezsensowną wojną Wietnamu. Obraz Wietnamu, jaki autorka odmalowuje jest tym bardziej poruszający, że jest to obraz widziany oczyma dziecka.  
Żeby przeżyć Ru ucieka, cudem przedostaje się przez morze w tłumie boat people. Jej nową ojczyzną staje się Kanada i tam Ru zaczyna życie od nowa, jakby na nowo się narodziła. 
Zanim jednak dziewczynka dotrze do ziemi obiecanej, musi wiele przecierpieć, m.in. głód, strach, brud, ciasnotę łodzi, na której uciekała i obozu w Malezji. 
Później następuje zderzenie z kanadyjska rzeczywistością, zupełnie odmienną od tej, którą dotychczas znała Ru. Dziewczynka opowiada m.in. jak czuje się człowiek z konieczności rzucony w całkowicie obcą mu kulturę? Długi czas jest głuchy i niemy, choć przecież wszystko słyszy i potrafi mówić.
W trakcie tej ucieczki jej jedynym majątkiem, skarbem jest walizka pełna książek. 
Ru wydaje się książeczką niepozorną, cieniutką, można lekceważąco zastanawiać się, cóż za głębokie treści może kryć 160 s. A może, może. Każda stronica książki to jak kartka z pamiętnika, zapisana krótkimi, zwięzłymi, prawie lakonicznymi zdaniami, zdaniami które niosą w sobie jednak wielką treść.To wielki, choć niemy krzyk.
Kim Thuy udowodniła, że nie ilość, a jakość się liczy.

Przyszłam na świat podczas ofensywy Tet, w pierwszych dniach roku Małpy, kiedy rozwieszone przed domami długie łańcuchy petard wybuchały tworząc razem z trzaskiem pistoletów maszynowych polifoniczną muzykę.
Ujrzałam światło dzienne w Sajgonie, kiedy odłamki tych petard rozsypanych na tysiąc okruchów barwiły ziemię na czerwono niczym płatki jakichś ozdobnych kwiatów albo krew dwóch milionów żołnierzy uformowanych w szyki bojowe, rozproszonych po miastach i wsiach rozdartego na dwoje Wietnamu.
Urodziłam się pod kopułą tych niebios ozdobionych ogniami sztucznymi, udekorowanych świetlistymi girlandami, poprzecinanych torami pocisków artyleryjskich i rakiet. Urodziłam się z zadaniem zastąpienia tych, co zginęli. Moje życie miało za obowiązek być dalszym ciągiem życia mojej matki.

Gorąco zachęcam do lektury. Na pewno nie pozostaniecie obojętni na głos Ru, który moim zdaniem jest głosem wielu setek tysięcy dzieci, cierpiących na całym świecie na skutek zbrojnych konfliktów.

wtorek, 18 grudnia 2012

Podczłowiek

Wydawnictwo Świat Książki,  256 s., Okładka twarda, Moja ocena 6/6
Recenzja zaległa i to sporo. Książkę przeczytałam kilka tygodni temu i zupełnie zapomniałam o recenzji, teraz mam dopiero okazję nadrobić zaległości.

Współautor i bohater oraz narrator książki, Anatol Chari urodził się w Łodzi w 1923r. w chwili wybuchu II wojny światowej miał więc 16 lat.
 Wiece, że uwielbiam moje miasto i to zaważyło, że sięgnęłam po tę pozycję, że jest ona dla mnie czymś więcej niż kolejną książką o Holokauście. 
Anatol Chari pochodzi z powszechnie szanowanej łódzkiej rodziny. W czasie wojny razem z całą rodziną został wysiedlony do łódzkiego getta.
Tytułowy podczłowiek, to po niemiecku Untermensch Jest to rasistowskie określenie, które było używane w stosunku do Żydów, Cyganów, Polaków, Rosjan i innych narodowości uznawanych przez faszystów za niearyjskie. Za podludzi uznawano również Niemców, którzy nie pasowali do idealnego obrazu społeczeństwa tworzonego przez narodowych socjalistów. 
Jednym z takich podludzi był Anatol Chari. W okresie okupacji Łodzi przez Niemców, Chari był jednym z wybranych, był członkiem  znanego żydowskiego Sonderkommando. Ale nie znalazł się w nim ot tak z ulicy. Decydujące znaczenie miała tu pozycja jego ojca i bliska znajomość z Chaimem Rumkowskim, panem łódzkiego getta. Sam Rumkowski i jego działalność były i są bardzo różnie oceniane od jednoznacznego potępienia (oskarżenie o kolaborację z nazistami) po umiarkowanie pozytywne. Ale Rumkowski to temat na zupełnie inny post.
Czy dlatego Chari przeżył, że był blisko Rumkowskiego, ze był w Sonderkommando?  
Wyznam wam, że z prawdziwym przerażeniem czytałam o tym co zrobił i czego był świadkiem Chari, na co dawał swoje milczące przyzwolenie. Bo w sumie co mógł zrobić? nic. Mógł albo nic nie robić i przeżyć (będąc członkiem Sonderkommando), albo zginać straszną śmiercią jak tysiące innych. Czy przeżył kosztem innych? Czy miał do tego prawo? 
Wydaje mi się, że nikt nie ma prawa odpowiadać na to pytanie - czy Chari miał prawo przeżyć kosztem innych. Nikt nie może wypowiadać się, co zrobił by na miejscu danej osoby, jeżeli na takowym miejscu nigdy nie był.
Książka porusza raz okropieństwem i koszmarem tego, co działo się Litzmannstadtgetto, a dwa szczerością z jaka Chari opowiada o tym co robił żeby przeżyć. Chari nie wstydzi się tego, że korzystał z przywilejów, jakie dawała mu służba w  Sonderkommando. Nie może jednak wybaczyć sobie, że odmawiał pomocy innym, którzy nie mieli tyle szczęścia co on. Do dziś w jego pamięci tkwią twarze i nazwiska ludzi, których odrzucił, którym nie pomógł. Wiadomo, że większość z nich nie doczekała wyzwolenie, a Chari czuje się za nich odpowiedzialny, ciąży na nim swoiste brzemię odpowiedzialności, winy:
Sam mówi o tym w ten sposób: Mojego sumienia nie trapią miliony, które zginęły w komorach gazowych. Z ich losem nie miałem nic wspólnego. Ciążą mi na sumieniu moje zaniechania (…) W normalnych czasach zaniedbania tego rodzaju nie zasługują na wzmiankę, natomiast w tragicznych warunkach, jakie panowały w getcie, konsekwencje takiego postępowania były znacznie poważniejsze.
Opowieść Chariego to nie tylko łódzkie getto, ale także Auschwitz, Bergen Belsen, Gross Rosen. Chari opowiada nie tylko o strachu i głodzie, ale także o katorżniczej pracy, przejmującym zimnie i przerażliwym, obezwładniającym wręcz strachu. Zdumiewające jest także, że długim okresie gehenny jaką bez wątpienia były kolejne obozy koncentracyjne, można uważać jeden za lepszy od drugiego. Wręcz nie mieści się to w głowie, ale tak ocenia je sam Chari:
Byłem w Auschwitz. Dobry obóz, w porównaniu z innymi. Można tam było pracować – kopać rowy, rozładowywać wagony (…) przynajmniej miało się w perspektywie czystą śmierć: komora gazowa, krematorium, wylot przez komin, i po krzyku. Bergen-Belsen natomiast był to obóz zły (…) Pierwszą rzeczą, jaką traciło się w Bergen-Belsen, była nadzieja. Śmierć zaś nadchodziła powolnymi krokami, na raty.

Jak pisałam wcześniej, wspomnienia Chariego poruszają i szokują. Z tym, że jedno mnie zastanawia – ich rzetelność. Otóż zostały one spisane stosunkowo niedawno i jak łatwo obliczyć, w momencie powstawania książki Chari miał ok. 80 lat. W związku z  tym zastanawiam się, na ile rzetelna jest jego relacja, czy czegoś nie pominął, nie upiększył, nie dodał ot tak od siebie. Zakładając, że wspomnienia zostały spisane rzetelnie i są zgodne z prawdą, mamy do czynienia z czymś unikalnym, bowiem przynależnością do Sonderkommando nikt po wojnie się nie chwalił, jeżeli więc chodzi o wspomnienia jego członków była ogromna luka, którą Podczłowiek chociaż w części wypełnia.
Zachęcam do lektury.

środa, 24 października 2012

Sprawiedliwość w Dachau - Joshua M. Greene

Wydawnictwo Świat Książki, Okładka twarda, 429 s., Moja ocena 6/6
Książkę zaczęłam czytać i skończyłam jeszcze w październiku, tylko jakoś nie mogłam zebrać się za napisanie recenzji, a już kilkakrotnie obiecywałam Agnieszce, że podeślę. Aga, kajam się:) 

Dlaczego tak kiepsko mi szło z recenzją? A dlatego, że sama nie wiedziałam co o książce napisać i pozwolę sobie powtórzyć to co powiedziała (napisała) Kasiek , że o dobrych książkach ciężko się pisze. No właśnie. Ale niniejszym nadrabiam zaległości i zabieram sie za pisanie recenzji i opis samego Dachau.


Konzentrationslager Dachau to pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny założony wiosną 1933r. w opuszczonej fabryce amunicji na obrzeżach miasta Dachau, na północ od Monachium, w południowych Niemczech. Funkcjonował do 29 kwietnia 1945, oswobodzony przez wojska amerykańskie. Obóz powstał  w celu izolowania politycznych przeciwników reżimu hitlerowskiego, duchownych i Żydów Stał się "wzorem" dla wszystkich kolejnych.
Od 1938r. swego rodzaju "ośrodek szkoleniowy" dla zarządców i wachmanów innych późniejszych obozów tego rodzaju.
Dachau pełnił funkcję głównego obozu dla duchownych z Kościołów chrześcijańskich (katolickich, protestanckich i prawosławnych).
Podczas wojny w obozie znalazło się wiele ludzi z krajów okupowanych: przede wszystkim z Polski (m.in. grupa 43 naukowców z Uniwersystetu Jagielońskiego). W maju 1940r. zesłana tu została ok. pięćset osobowa grupa łódzkiej młodzieży, zatrzymana podczas dużej akcji łódzkiego gestapo. Wśród nich byli m.in. dyrygent – Henryk Debich i aktor Włodzimierz Skoczylas. Wielu więźniów było kierowanych do KL Dachau z innych obozów. Wówczas więźniowie z Niemiec stali się mniejszością, a największą grupę stanowili więźniowie z Polski. Liczba więźniów i ofiar nie jest dokładnie znana. Wg dokumentacji obozowej w okresie 1933-45 przez obóz przewinęło się 206 206 więźniów, z czego zmarło 31 591. Liczby te jednak nie uwzględniają osób poddanych Sonderbehandlug (skierowanych do obozu przez Gestapo celem wykonania egzekucji), jeńców radzieckich zabijanych w ramach Kommissar-Erlaß oraz zmarłych w czasie ewakuacji obozu. Według niektórych danych, ogólną liczbę więźniów szacuje się na ok. 250.000 osób, a liczbę ofiar nawet na 148.000 (wliczając zgładzonych w podobozach).
Istotą funkcjonowania obozu był drakoński regulamin obozu opracowany przez komendanta Theodora Eickego. Przed wojną praca więźniów polegała na wykonywaniu robót na rzecz obozu w komandach roboczych, dla jego utrzymania i rozwoju. Podczas wojny więźniowie pracowali niewolniczo w przemyśle wojennym. W szczególności w ostatnich dwóch latach wojny, gdy Niemcy zdecydowali się umieścić strategiczne produkcje zbrojeniowe pod ziemią, więźniowie musieli pracować w morderczych warunkach. Najsłynniejszymi i najtrudniejszymi placówkami podziemnymi, były podobozy Kaufering i Mühldorf. Najcięższą pracę wykonywali na ogół Żydzi z Polski, Litwy i Węgier.W obozie stosowano 8, 14, 21 oraz 42 - dniowy areszt w bunkrze. Podczas odbywania kary więzień otrzymywał wodę i chleb a raz na cztery dni ciepły posiłek. Zdarzały się przypadki kiedy osadzeni przebywali w celi kilka miesięcy.
Bardzo popularną metodą torturowania była tzw: kara słupka, wielokrotnie po jej odbyciu więzień nie odzyskiwał władzy w rękach. Codziennością było również polewanie zimną wodą na kilkunastostopniowym mrozie co prowadziło do wychłodzenia organizmu a w konsekwencji do zgonu, wkładanie gumowego węża do przełyku, odkręcanie wody (więzień poddany takiej torturze topił się bądź ulegał poważnym obrażeniom narządów wewnętrznych).
Osadzeni najczęściej ginęli w wyniku niedożywienia, chorób, tortur, samobójstw, rozstrzelania oraz eksperymentów pseudomedycznych. Strażnicy wyznaczali kary za najdrobniejsze przewinienia m.in. źle pościelone łóżko czy trzymanie rąk w kieszeniach. W obozie "sławę" zyskała trupiarnia, w której dokonywano sekcji zwłok. Ściągano tam martwym więźniom skórę z pleców, którą następnie przygotowywano do dalszej obróbki. Wykonywano z niej rękawiczki, bryczesy, siodła, pantofle oraz torebki damskie dla SS. Szukano zazwyczaj zdrowej skóry. Lubowano się w skórze wytatuowanej.
W obozie "sławę" zyskała trupiarnia, w której dokonywano sekcji zwłok. Ściągano tam martwym więźniom skórę z pleców, którą następnie przygotowywano do dalszej obróbki. Wykonywano z niej rękawiczki, bryczesy, siodła, pantofle oraz torebki damskie dla SS. Szukano zazwyczaj zdrowej skóry. Lubowano się w skórze wytatuowanej.
Doświadczenia pseudomedyczne Dachau można podzielić na: malaryczne (Klaus Schilling stosował 69 odmian malarii. Odmianę najsilniejszą Madagaskar więźniom wstrzykiwano domięśniowo lub dożylnie), lotnicze (w kabinie ciśnieniowej zamykano od 5 do 15 więźniów, gdzie następnie zagęszczano lub rozrzedzano powietrze. Przy obniżaniu ciśnienia więźniowie wpadali w szał, rwali sobie włosy z głowy, tłukli głową o ściany. Po eksperymencie dokonywano sekcji zwłok a narządy zamykano w naczyniach. Większość więźniów po tych eksperymentach umierała lub dostawała porażeń w skutek krwotoków wewnątrz-czaszkowych, chorowali na choroby psychiczne)  nad ropowicą (dr Wolter wstrzykiwał więźniom ciekłą ropę wyciąganą z ran innych chorych lub zwłok. Więźniowie tracili kończyny lub dostawali posocznicy. W większości wypadków umierali i ta śmierć była dla nich prawdziwym wybawieniem). Spośród ok. 6000 więźniów poddawanych tym eksperymentom, nie przeżyło ich 2073.
Obóz został zajęty przez wojska VII Armii amerykańskiej. W tym momencie znajdowało się w nim ponad 31 000 więźniów. Krótko potem wszyscy napotkani w obozie esesmani zostali rozstrzelani.
Bezpośrednio po wojnie obóz był używany jako centrum dla osób powracających do swych krajów.
15 listopada 1945 r. w zabudowaniach KL Dachau rozpoczęła się seria procesów przeciwko zbrodniarzom hitlerowskim.
Pierwszym był proces przeciwko komendantowi obozu M. Weissowi oraz 33 ocalałych członków załogi. Od 1945r. do 1948 r. przed amerykańskim trybunałem wojskowym w Dachau osądzono 1672 osób, głównie członków załóg obozów koncentracyjnych oraz lekarzy prowadzących eksperymenty pseudomedyczne. Świat ciągle pamięta Norymbergę, gdzie nazistowscy dygnitarze zostali pociągnięci do odpowiedzialności, ale prawie zapomniał o procesach w Dachau, gdzie setki strażników, oficerów i lekarzy stanęły przed sądem za osobisty udział w torturowaniu i mordowaniu więźniów w obozach koncentracyjnych Dachau, Mauthausen, Flossenbürg i Buchenwald. 

Jeżeli doczytaliście dotąd, to teraz już o książce będzie...


Joshua M. Greene opowiada w swojej książce dramatyczną historię Williama Densona, młodego prawnika z Alabamy, wykładowcy prawa w West Point, którego wysłano do Niemiec, by pokierował zespołem oskarżenia w największej serii procesów nazistowskich zbrodniarzy w dziejach. Młody prawnik stal się głównym prokuratorem koszmarnych procesów nazistów w Dachau. Wśród oskarżonych znajdował się doktor Klaus Schilling, Edwin Katzen-Ellenbogen, psycholog z Harvardu, który został później konfidentem Gestapo, i jedna z najsłynniejszych zbrodniarek wojennych w historii, Ilse Koch, „Wiedźma z Buchenwaldu”, której upodobanie do lamp z tatuowanych ludzkich skór opisywały gazety na całym świecie. 



Proces w Dachau.


Proces w Dachau
Prokurator William Denson
Proces Wiedźmy z Buchenwaldu - Ilse Koch


Ilse Koch zeznaje
Świadek, polski ksiądz T. Korcz, czyta wyniki eksperymentów medycznych

Zanim w sierpniu 1948r. Procesy dobiegły końca, główny ich bohater, i bohater książki – Denson osądził więcej nazistów niż jakikolwiek inny prawnik w całym okresie powojennym- 177 strażników i funkcjonariuszy. Wyobraźcie sobie, jak wyczerpujące psychicznie było to zadanie. Wszyscy sądzeni uznani zostali za winnych. 97 skazano na śmierć, 54 na dożywotnie wiezienie (tu bym dyskutowała, bo to za łagodna moim zdaniem kara) resztę skazano na ciężkie roboty.
Procesy o mal nie doprowadziły do śmierci Densona. Dlaczego? Tego dowiecie się z książki.
W momencie, gdy podjął się prowadzenia procesów przeciwko nazistom, jego życie zmieniło się o 180 stopni. Z sielskiego niemal świata w Alabamie, z rodzinnego domu, przeniósł się na 21 miesięcy w samo serce piekła. Ten kontrast doskonale ukazany przez Greena, porusza bardzo, podobnie, jak zbrodnie popełnione przez nazistów. Denson ścigał i oskarżał w sprawie zbrodni i wynaturzeń tak okrutnych i niewyobrażalnych, że nadal wydają mi się one nieprawdopodobne.
Denson przeniesiony z Alabamy niepozorny prawnik, stał się jednym z najbardziej obserwowanych prawników w tym momencie i musiał zmierzyć się z czymś, o czego istnieniu świat nie wiedział i w co nie chciał uwierzyć, z czym nie spotkały się dotąd żadne cywilizowane narody ani sądy. I jak miał z tym dać sobie radę prowincjonalny w sumie, spokojny prawnik?! 

W tamtym okresie niewielu doceniło jego pracę i to co zrobił, co musiał zrobić. Na pierwszych stronach gazet był przecież proces w Norymberdze, gdzie potężny Międzynarodowy Trybunał Wojskowy sądził kilkunastu najwyższych nazistowskich dygnitarzy. Pomyślcie przez chwilę - procesach norymberskich słyszał chyba każdy (no prawie), chociażby na lekcjach historii, a o procesach w  Dachau? Założę się, że niewiele osób. Tak było i w tamtym okresie.

Sceną szeroko obserwowanego przez opinię publiczną procesu w Norymberdze był majestatyczny Pałac Sprawiedliwości, a udział w nim brało 12 dziennikarzy z całego świata.
Tymczasem 100 km dalej, Denson musiał praktycznie sam przedzierać się przez tony akt, notatek, przesłuchań, ogarnąć to jakoś i dać sobie z tym radę psychicznie, krótko mówiąc – nie zwariować. Jednak moim zdaniem to, czego dokonał Denson jest nieporównywalne z tym czego dokonano w Norymberdze. Tzn. oba procesy były niezwykle ważne, ale te Densona bez porównania bardziej heroiczne. W Norymberdze sądzono twórców zagłady milionów ludzi, a w Dachau wykonawców tej zbrodni. Denson sądził istoty (bo trudno nazwać ich ludźmi) za to, że własnymi rękoma dopuścili się niewyobrażalnych wprost okrucieństw i zbrodni, kierowali się zaś własnym wynaturzeniem i tym, co w istocie ludzkiej najgorsze.
Denson musiał obcować z tymi istotami, wysłuchiwać ich, obalać ich argumenty i na rozkaz armii USA uzyskać wyroki skazujące, które byłyby sprawiedliwe. Ale czy za popełnione przez nazistów zbrodnie jest właściwa kara? Na to i wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć w niniejszej książce prokurator Denson. Zadał sobie niewyobrażalną ilość trudu, żeby obalić argumenty przeciwników procesów, którzy uważali, że nazistów należy rozstrzelać bez sądu, żeby przygotować się do procesu, żeby to wszystko wytrzymać, bo zrozumieć się nie dało. Praca się przeciągała, oskarżeni twierdzili, że zostali zmuszeni do podpisania zeznań, nie przyznawali się do winy.
Ogromne poświęcenie z jakim Denson zaangażował się w proces i wyczerpanie psychiczne, doprowadziło do klęski w życiu prywatnym- zachorował fizycznie, był w stanie depresji, do końca procesów schudł ponad 25 kg. Uzyskał jednak 100% wyroków skazujących, ale jakim kosztem?! Jednak sława i nagroda, które na logikę powinien otrzymać, czy chociażby podziękowanie nigdy do niego nie przyszły. Dlaczego? Tego także dowiecie się w trakcie lektury.
W sumie pokonany Denson przez pół wieku milczał na temat procesów w Dachau, dopiero za sprawą Joshui M. Grrene'a ujawnia prawdę. Denson zmarł w 1998r. Jego ostatnią wolą było, żeby prawda o procesach w Dachau ujrzała światło dzienne.
Greene uzyskał dostęp do osobistego archiwum Densona, gdzie znajdowały się stenogramy z procesów, wycinki prasowe oraz stosy fotografii i listów. Dzięki nim udało mu się zrekonstruować procesy w Dachau i nadać swojej relacji atmosferę i napięcie najlepszego prawniczego thrillera. Niech się schowa Grisham ze swoimi thrillerami.
Książkę czyta się błyskawicznie z dwóch powodów: wyjątkowej lekkości pióra i stylu (mimo tak drastycznej tematyki), przy pomocy których została napisana, a także z powodu niedowierzania, że coś takiego było możliwe. Mimo tematyki w książce jest mniej opisów okrucieństw niż sądziłam na początku, ale i tak książka wstrząsa i poraża. Tematem jednak przewodnim są same procesy i osoba prokuratora Densona. Każdy z czterech procesów poprzedzony jest krótkim opisem, co, kto i jak. Procesy są bardzo szczegółowo opisane i pod tym względem, jak i pod względem historycznym jest to prawdziwy majstersztyk.
Uzupełnieniem są zdjęcia ukazujące przebieg procesów oraz prokuratora. Jest tylko jeden minus, na który ja zawsze zwracam uwagę – przypisy znajdują się nie u dołu każdej strony, a skomasowane są na końcu książki. To jedyna wada, nie mam nigdy cierpliwości szukania przypisy na końcu danej pozycji, tym bardziej jeżeli chodzi o tak wciągającą lekturę.
Ale to drobny minus, który nijak ma się do tego co zrobił prokurator Denson i wartości książki, której autorem jest Joshua M. Greene.

Gorąco zachęcam do lektury. Książka pochodzi z fantastycznej serii Sfery Wydawnictwa Świat Książki, która gwarantuje bardzo wysoką jakość merytoryczną. Sprawiedliwość w Dachau to pozycja wręcz obowiązkowa, niezwykle ważna i potrzebna. A Denson oprócz pracy, którą wykonał podbił mnie jeszcze jedną tezą, którą ja w 100% podzielam – ludzie mają w sobie ogromne pokłady zła i tylko od nas zależy, czy damy im dojść do głosu czy nie i czy w przyszłości unikniemy podobnej tragedii, jaką był bez wątpienia Holokaust.

Niebiosa są puste - Avrom Bendavid - Val

Wydawnictwo Świat Książki, Okładka twarda, 173 s., Moja ocena 6/6
Niebiosa są puste to cienka, ale niezwykle wstrząsająca i poruszająca pozycja o zagładzie nie tylko Żydów, ale całej miejscowości Trochenbrod, czyli po naszemu Zofiówki. Z każdej strony w trakcie lektury wyłania się historia, nieszczęście, ból, cierpienie i wołanie o pamięć.
Miasteczko to, a w zasadzie wspomnienie po nim, znajduje się na terenie obecnej Ukrainy,  na Wołyniu. Trochenbrod (Zofiówka) do 1942 r. był spokojną osadą żydowskich rolników do dnia, gdy w 1942r. zostało wraz z jego mieszkańcami zmiecione dosłownie z powierzchni ziemi przez nazistów.
Autor książki, Bendavid-Val to Amerykanin żydowskiego pochodzenia, jednocześnie potomek mieszkańców Trochenbrodu. W książce opisuje jak przez wiele lat tropił każdy najmniejszy nawet ślad po swojej rodzinie, znajomych, po wiosce. Jak za wszelka cenę próbował zrekonstruować historię żydowskiej osady.

Tam, gdzie niebieska kropka znajdował się Trochenbrod.

W latach 30. XX w.  Trochenbrod był typową w tamtejszych stronach rolniczą osadą, mieszkało w nim ok. 6 tys. Żydów (w miasteczku zamieszkiwała tylko 1 rodzina nieżydowska) . Zajęcie mieszkańców miasteczka było nietypowe, Żydzi bowiem niezwykle rzadko zajmowali się uprawą ziemi, zazwyczaj trudnili się handlem i rzemiosłem. Trochenbrod założyło kilka rodzin żydowskich, które na początku XIX w. osiedliły się na bagnistej polanie otoczonej sosnowym lasem. Trochenbrod różnił się jeszcze tym od innych osad z tego regionu, że był w zasadzie samowystarczalny i nie był związany z  żadnym z  okolicznych miast. W miasteczku doskonale prosperowały handel i prawie każdy rodzaj rzemiosła.
Poniżej zdjęcia z Trochenbro, gdy osada jeszcze istniała... i grób pamięci jednego z mieszkańców.







W sierpniu 1942 r. do miasteczka wkroczyli Niemcy i zaczęli wywozić nieświadomych niczego mieszkańców do leżącego nieopodal lasu, gdzie czekały na nich doły. Kazano im układać się w dole, na ciałach tych, którzy weszli wcześniej. Potem szucmani chodzili wzdłuż krawędzi dołu, strzelając ofiarom w tył głowy tak, jak zrobili z ludźmi leżącymi pod spodem - pisze autor książki. Ocalało bardzo niewiele osób. Kilka z nich udało się autorowi książki w trakcie żmudnych badań i poszukiwań odnaleźć. Opisali mu ze szczegółami masakrę Trochenbrodu i jak udało im się przeżyć. Np. Basia -Ruchla Potasz opowiedziała jak chowała się wraz z najbliższymi za fałszywą ścianą, przezornie zbudowaną w szopie przez jej ojca.
Potaszowie spędzili zimę w pobliskim lesie, przed Niemcami i współpracującymi z nimi Ukraińcami ukrywając się w ziemiankach. Basia-Ruchla wspomina, że od śmierci głodowej ratowali ich polscy i ukraińscy chłopi.
Inny mieszkaniec Trochenbrodu, któremu udało się uniknąć śmierci z rąk nazistów, powiedział autorowi książki, że w 1950 r. odwiedził miejsce, gdzie przed wojną znajdowało się miasto i nie znalazł śladów jego istnienia. Smutne, tragiczne, dające dużo do myślenia, jak szybko można zniknąć z powierzchni ziemi, jak szybko można zapomnieć. Na szczęście nie wszyscy zapomnieli.
Wiele domów w Trochenrbrodzie zniknęło wkrótce po zamordowaniu ich mieszkańców. Naziści rozebrali domy, część materiałów uzyskanych w ten sposób wywieźli do Niemiec. Po nadejściu Armii Czerwonej w 1944 r. Ukraińcy z okolicznych wsi zabrali z Trochenbrodu wszystko, co się dało, z płytami chodnikowymi włącznie. W ten sposób Trochenbrod przestał istnieć. Przez kilka miesięcy zatarto wszelkie ślady po kilku tysiącach żyjących tam ludzi, po ich życiu ich istnieniu. Jedynym śladem głównej drogi, która była kręgosłupem miasteczka, jest biegnąca po pustkowiu droga, którą jeżdżą ciągniki i wozy konne oraz dwa pomniki z ciemnego granitu, upamiętniające Trochenbrod i jego mieszkańców.

Tak wygląda obecnie główna ulica Trochenbrodu...
Wielu ocalałych mieszkańców Trochenbrodu osiadło np. w Brazylii, Argentynie, Izraelu.
Z większością z nich autorowi udało się skontaktować, stąd tak rzetelna i poruszająca treść książki. Niektórzy ocaleni przekazali mu zdjęcia, listy członków rodziny, dokumenty bankowe oraz relacje z pierwszej ręki dot. organizacji emigrantów z Trochenbrodu, działających m.in. w Montrealu, Baltimore, Bostonie, Chicago, Nowym Jorku, Toledo. Trochenbrodzianie (jak nazywa ich autor) podróżując po świecie, często zatrzymywali się u rodzin pochodzących z Trochenbrodu, świadczy to o tym, jak blisko ci ludzie są związani ze sobą, mimo iż rozproszeni po całym świecie. Wielu z nich nadal wspomina Trochenbrod, jak np. Ida Liss: (…) Jak pan myśli, co robię, gdy kładę się spać? Nie oglądam telewizji, nie widzę dobrze, nawet nie włączam telewizora. Co więc robię? Rozmyślam bez przerwy o moim życiu, o Trochenbrodzie. Widzę go. Widzę. Mam Trochenbrod przed oczyma.
Tytuł książki może dziwić, może się wydawać niewytłumaczalny, nic nie mówiący. W zasadzie, prawie do końca lektury nie wiedziałam, co on oznacza. A oznacza niezwykle wiele, jest bardzo znaczący, wymowny i poruszający.  Nawiązuje bowiem do słów jednego z dawnych mieszkańców Trochenbrodu Tuwii Droriego, który przed wojną wyjechał do Palestyny. Droriego tak powiedział autorowi: Słyszeliśmy od ocalałych, że gdy do dołów prowadzono głównego rabina miasta, w tałesie i z rodziną u boku, podniósł ręce ku niebu i zawołał: 'Gdzie jest Bóg miłosierny, najwyższy sędzia, opiekun wdów i sierot? Czy może być, że niebiosa w rzeczywistości są puste?.
Mogę tylko napisać jedno- książkę polecam, ba nawet mamy obowiązek ją przeczytać, poznać, a to za sprawa pięknego języka, którym książka jest napisana, długotrwałego, niezwykle skrupulatnego dochodzenia, jakie przeprowadził autor i masy, masy cudownych wspomnień ocalałych i nie tylko mieszkańców Zofiówki. Plusem jest piękne wydanie, poruszająca okładka i słowniczek terminów hebrajskich i żydowskich oraz bardzo szczegółowe źródłoznawstwo.
Mimo brutalnej szczerości z jaką książka jest napisana, niezwykle okrutnych opisów, poruszających i wyciskających łzy wspomnień jest to moim zdaniem pozycja obowiązkowa.
O Trochenbrodzie, zwanym też Zofiówką, opowiada film Wszystko jest iluminacją (2005). W żydowskiej osadzie mieszkał dziadek Jonathana Safrana Foera (w tej roli Elijah Wood), który odbywa po latach podróż na Ukrainę, aby odnaleźć wybawicielkę jego dziadka. 


Zdjęcia i mapka pochodzą ze stron:

www.forward.com

www.bet-tal.com (niesamowicie poruszająca strona, poświęcona właśnie Trochenbrod, zajrzyjcie)