Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holokaust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holokaust. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 sierpnia 2013

"Dobre dziecko" Roma Ligocka

   Kraków i ja...




tytuł: Dobre dziecko
autorka: Roma Ligocka

wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 29 listopada 2012

 moja ocena: 6 / 6







Wiedziałam, że tak się stanie... Wzięłam książkę Romy do ręki i odłożyłam dopiero, gdy skończyłam czytać ostatnią stronę... Zawsze pochłaniam książki tej autorki. Niektóre z nich czytałam nawet kilka razy.

Tym razem "Dobre dziecko" - lektura trudna i wymagająca. Roma Ligocka wraca pamięcią do lat i wydarzeń, o których nie potrafiła pisać aż do tego czasu. Wiele z nich wymazała z pamięci i dopiero teraz wyłaniają się z zapomnienia. O wielu z nich może napisać tylko w przenośni, nie dopowiada wszystkiego, pozostawia otwarte, bolące pytania. Jak zawsze, pisze językiem dziecka, którym pozostała przez całe życie. Wspomina Kraków, matkę, szkołę. Można powiedzieć, że nic dobrego ją nie spotkało, ale jednocześnie te wydarzenia ukształtowały jej silną osobowość i wolę przeżycia.

W dzieciństwie wiele razy słyszała, że jest złym dzieckiem:
"Czarne oczy. Schowaj oczy. Jak można mieć takie czarne oczy? Mówili dorośli. Ona ma zły wygląd. Z takim wyglądem nie da się przeżyć"

Mała Roma uwierzyła dorosłym, starała się być niewidzialna, nie jadła, nie uśmiechała się, nie było jej. Uciekała całe dzieciństwo, żyła w strachu, nigdzie nie miała domu, zawsze się ukrywała i dalej uciekała.  Każdy jej mówił, że jest złym dzieckiem, że nie zasłużyła na ocalenie.

O przeżyciach wojennych można było przeczytać w książce "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku". Teraz Roma pisze o latach powojennych, trudnym okresie dorastania, życiu w cieniu przeszłości. Jak sama dodaje:
"Holocaust to nie wszystko (...) Cierpienie wtedy się nie skończyło, nie jest rozdzielane sprawiedliwie ani dawkowane porcjami. Przychodzi, kiedy chce i do kogo chce. Nikt nie może sobie nigdy powiedzieć, że dosyć - jego limit w życiu już się wyczerpał".
Często czytam wspomnienia ocalałych z Holocaustu...


więcej o książce na moim blogu: annamatysiak.blogspot.com


zapraszam :)

Anna M.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Czerń i purpura - Wojciech Dutka

Ona była córką żydowskiego prawnika, młodą, piękną i pełną życia. Gdy przedwojenną Słowację zalała fala antysemityzmu, a ojciec dziewczyny utracił prawo wykonywania zawodu, nie zawahała się postawić na szali swojej reputacji i zatrudnić w kabarecie, gdzie też rozkwitł w pełni jej talent estradowy. Mając na utrzymaniu całą rodzinę, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, z podniesionym czołem znosiła kolejne upokorzenia. Aż do tego pamiętnego dnia, gdy przemocą zapakowano ją do bydlęcego wagonu i wywieziono w nieznaną dal.

On był rodowitym Austriakiem, bratem komunisty, synem oportunisty i wnukiem umiarkowanej zwolenniczki nazizmu. Na fali poanschlussowego entuzjazmu wstąpił do Hitlerjugend, a gdy już trochę podrósł - do SS. Po wybuchu wojny postawiony przed wyborem - front wschodni albo służba w obozie koncentracyjnym, decyduje się na tą drugą opcję.

Spotkali się w miejscu, którego nazwa do dziś jeży ludziom włos na głowie. Miejscu, nad którego bramą wciąż widnieje napis "Arbeit macht frei". Miejscu, gdzie królowały rozpacz, cierpienie i śmierć, ale nie mogło być mowy o miłości. Ale czy aby na pewno?

Rok 1942. Młodemu esesmanowi wpada w oko Milena Zinger, żydowska więźniarka o nieprzeciętnym talencie wokalnym. Nim Austriak zdąży się połapać we własnych uczuciach, zakochuje się w niej po uszy. Ona, początkowo wstrząśnięta i zniesmaczona tym faktem, po namowach koleżanki postanawia wykorzystać afekt ze strony wroga w celu niesienia pomocy współwięźniom. Wkrótce przestaje widzieć w swoim adoratorze tylko i wyłącznie potwora, a początkowa wdzięczność w końcu przerodzi się w coś więcej...

Brzmi niewiarygodnie?

A tymczasem ta historia wydarzyła się naprawdę. I właśnie na jej motywach została napisana powieść "Czerń i purpura".

Czytaj dalej...

wtorek, 11 czerwca 2013

Wojenna narzeczona - Alyson Richman

Opis z tyłu okładki obiecuje nam solidny wyciskacz łez. Ma to być opowieść o tym, jak w drugiej połowie lat 30. XX wieku pomiędzy dwójką młodych, praskich Żydów - studentem medycyny Josefem i aspirującą malarką Lenką - rozkwita młodzieńcza uczucie. Czasy jednak nie sprzyjają miłości, a młodych kochanków tuż po pospiesznie zawartym małżeństwie rozdzieli wojna. Josef podczas ucieczki do Stanów Zjednoczonych przeżyje katastrofę okrętu, w której zginą wszyscy pozostali członkowie jego rodziny. Lenka, odmówiwszy wyjazdu ze świeżo poślubionym mężem, razem z matką, ojcem i siostrą trafia do Terezina a następnie do Auschwitz, skąd cudem udaje jej się ujść z życiem. Oboje przez długie lata trwają w przekonaniu, iż druga połówka nie żyje i utracili ją bezpowrotnie. I oto po sześćdziesięciu latach rozłąki niespodziewanie wpadają na siebie - cali, żywi i zdrowi - na weselu własnych wnuków.

Tą ostatnią sceną rozpoczyna się właśnie powieść Richman. Zaserwowanie czytelnikom tak wielkiego spojlera już na początku historii nie było chyba zbyt dobrym pomysłem - no bo jak tu, u licha, przeżywać w pełni razem z głównymi bohaterami ich wojenne losy, drżeć o ich życie, skoro już z góry wiadomo, iż obojgu dane będzie przeżyć? Przedstawiwszy scenę "weselną", autorka cofa się w czasie o kilkadziesiąt lat, gładko przechodząc do opisu dzieciństwa i młodości Lenki z perspektywy głównej bohaterki. Równolegle poznajemy powojenne losy Josefa w Ameryce, jego drugie małżeństwo i karierę lekarską. Po pierwszych 100 stronach miałam ochotę odłożyć książkę na półkę i uznawszy ją za jedną wielką pomyłkę, już nigdy do niej nie wracać.

Czytaj dalej...

czwartek, 25 kwietnia 2013

Bunkier - Chaim Icel Goldstein



„Bunkier” Goldsteina nie jest łatwą książką, nie tylko dlatego, że jest kolejnym świadectwem Zagłady, ale również dlatego, że porusza niewygodne i niemiłe kwestie dla nas, Polaków. Opowieść zaczyna się w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego, kiedy to siedmiu Żydów biorących udział w walce z niemieckim okupantem szykuje sobie kryjówkę na nadchodzące dni. Ischak, Daniel, Samek, Ignac, Jechezkiel, Chana i autor Chaim Icel Goldstein pochodzili z różnych części Polski, Belgii i Francji, należeli do różnych warstw społecznych i mieli różne poglądy polityczne. Połączył ich strach przed wykryciem i chęć przeżycia. Byli to jedni z nielicznych, którzy przeżyli obozy koncentracyjne, getta i samo Powstanie Warszawskie. W zniszczonym mieście, w zrujnowanej walkami kamienicy wykopali bunkier, który połączyli tunelem z kanałami. To dawało im chociaż nadzieję, że uda im się przetrwać do ukończenia walk i wyzwolenia przez Armię Czerwona.
Niestety nie odbyło się to tak szybko, jak się spodziewano, bo Armia Czerwona czekała, kilka dni przeobraziło się w kilka miesięcy spędzonych w izolacji od świata zewnętrznego, w strachu przed wykryciem, o głodzie i chłodzie, mając za towarzystwo plagę much, a później szczurów.

Czytaj dalej...

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Takie buty z cholewami - Szewach Weiss

Szewach Weiss znany jest w Polsce przede wszystkim jako były ambasador Izraela. Mimo, że był nim tylko przez 3 lata (2000-2003), pozostał do dziś aktywny na polskiej scenie medialnej i naukowej. Politycznej zresztą pewnie trochę też – przynajmniej, jeśli chodzi o politykę międzynarodową.

Wcześniej, w Izraelu, był przede wszystkim własnie politykiem. Osiągnął na tym polu niemal wszystko (najwyższe stanowiska to przewodniczący Knesetu i wiceprezydent), otarł się nawet o pokojową Nagrodę Nobla (uczestniczył w rozmowach pokojowych z Palestyńczykami (które zaowocowało porozumieniem z Oslo), za które dostali w końcu nagrodę stojący wówczas nieco wyżej w państwowej hierarchii Izraela Icchak Rabin i Szimon Peres. To jednak nie koniec jego aktywności: politolog, wykładowca, sportowiec, trener sportowy, a także autor książek dla dzieci. Szewacha Weissa najwyraźniej rozpierała energia i niechęć do marnowania choćby jednej chwili w życiu.

Skąd się brała możemy chyba wyczytać między wierszami w „Butach z cholewami”. Polityk urodził się w 1935 w Borysławiu i tam też spędził okupację. Ponieważ jego miasto znalazło w 1939 się po radzieckiej stronie granicy, Niemcy wkroczyli tam w czerwcu 1941. Rodzina Weissów przez 29 miesięcy, dzięki pomocy sąsiadów, ukrywała się poza tamtejszym gettem, w warunkach trudnych do zniesienia także fizycznie (w piwnicy, w podwójnej ścianie domu, itd). Szewacha to jednak nie złamało, a w jakiś sposób dało napęd do wykorzystywania wszystkich życiowych możliwości. Gdy w 1946 roku, jako 11 – latek, znalazł się w Izraelu (sam, rodziców zatrzymały w drodze kłopoty zdrowotne ojca), dosłownie rzucił się na zdobywanie wiedzy i doświadczeń życiowych, zwłaszcza na niwie politycznej. Co po latach zaowocowało wielką karierą skromnego chlopaka z Borysławia.

Wywiad – rzeka z Szewachem Weissem jest trochę jak spacer po całym zyciu tego człowieka. A że było to życie niezwykłe i bogate w wydarzenia, czytelnik ma do wyboru wiele ścieżek, które może dokładniej spenetrować i chwilę się na nich zatrzymać. Jest więc ścieżka spraw trudnych, ścieżka spotkań z ciekawymi ludźmi (Irena Sendlerowa, Jan Karski a także Jan Paweł II, który stwierdził, i ż Weiss... mógłby nieco popracować nad swoim językiem polskim. Co zresztą ten ostatni uczynił.), ścieżka muzealna (Weiss, jako były szef Yad Vashem, wręcz tryska pomysłami na uatrakcyjnienie planowanego Muzeum Żydów Polskich) i wiele, wiele innych.

 Ja wybrałam dwie. Pierwszą jest wątek izraelski. Z fascynacją czytałam o organizacji tamtejszego życia społecznego. Szewach Weiss, który trafił do Izraela de facto jako sierota, nie tylko miał zorganizowaną podróż (zresztą, dla ominięcia ograniczeń wizowych, jako przyszywane dziecko innej rodziny). Już w Izraelu, wówczas jeszcze zresztą pod administracją brytyjską, wszechstronnie się nim zaopiekowano. Trafił mianowicie do szkoły-kibucu, która doskonale przygotowywała swoich wychowanków do dorosłego życia. Słowem - pełen komfort i świetna organizacja. Druga ciekawostka: ocaleni z Zagłady, aż do 1962 roku (czyli procesu Eichmanna), wcale nie chwalili się w Izraelu swoją historią i pochodzeniem. Promowany był raczej kult pionierów, przybyłych do Izraela przed wojną, pracy fizycznej, służby wojskowej. Wojenna historia Żydów europejskich kojarzyła się zaś źle – z ofiarą i słabością. Chodziło oczywiści o uformowanie na nowo tożsamości narodowej. Ceną było to, iż wielu ludzi musiało wyprzeć swoją historię... na jakieś kilkanaście lat.

Zainteresowała mnie również „ścieżka” polskich fascynacji byłego ambasadora. Szewach weriss jako dziecko byl dwujęzyczny – posługiwal się jiidisz i polskim. Tego ostatniego nie używał przez 40 lat po przybyciu do Izraela. Nie czuł też żadnej nostalgii za krajem lat dziecinnych. Do czasu – przypadkowa wizyta w Polsce tuz po zakończeniu stanu wojennego, z półlegalnei wyłuzona wizą rumuńską, na nowo aktywowała w jego tożsamości podmoduł polski...

Można by długo jeszcze pisać, ale po co – zainteresowanych zachęcam do sięgnięcia po książkę i przetarcia sobie w niej swoich ścieżek:).

Takie buty z cholewami
Życie, polityka, pasje
Szewach Weiss (w rozmowie z Anną Jarmuziewicz)
Kraków 2012, Wydawnictwo M

piątek, 11 stycznia 2013

"Wszystko jest iluminacją" Jonathan Safran Foer


Przeczytałam kilka pierwszych stron „Wszystko jest iluminacją” Foera i myślałam sobie: „Co to jest? O co tyle zachwytów? Język, jak nie przymierzając, z jednej z kreskówek!” Niepoprawność językowa wręcz krzyczała ze stron. Zacisnęłam jednak zęby i czytałam dalej. Myślałam, że książka „przyprawi mnie migreną”, ale po zmęczeniu pierwszego rozdziału okazało się, że jest „dosyć prima sort dla mnie” i przypuszczam, że będzie „dosyć prima sort dla tobie”. Muszę przyznać, że tłumacz wykonał świetną robotę. Chapeau bas! Zaczytałam się w kolejnych stronach i przeplatałam je porykiwaniami ze śmiechu, aż mój szanowny małżonek zaczął się poważnie niepokoić o moją kondycję psychiczną.

Wracając jednak do książki... Jonathan Safran Foer, z pochodzenia Żyd, dzierżąc w dłoni starą fotografię, przyjeżdża na Ukrainę z Ameryki, aby odnaleźć kobietę, dzięki której, jak podejrzewa, udało się jego dziadkowi Safranowi przeżyć podczas niemieckiej okupacji. Poznaje tutaj Aleksa- tłumacza zwanego Szapką bądź Soszą oraz jego dziadka - szofera z suką przewodniczką Sammy Davies Junior, Junior. Akcja biegnie trzytorowo. Mamy więc relację Aleksa z podróży w poszukiwaniu Augustyny oraz sztetla zwanego kiedyś Sofijówką bądź Trochimbrodem. Strony pisanej przez Jonathana powieści mówią nam o fikcyjnych dziejach Trochimbrodu, a także jego mieszkańców z jego praprapraprababcią i prapraprapradziadkiem  włącznie. Listy Aleksa do Jonathana oceniają tworzoną przez Amerykanina powieść oraz odnoszą się do aktualnych spraw.

Czytaj dalej...

niedziela, 6 stycznia 2013

"Dziennik" Anne Frank

Anne Frank radosna, uwielbiana przez rodzinę i rozpieszczana, 12 czerwca 1942 roku wśród prezentów na swoje trzynaste urodziny znalazła dziennik. Wtedy jeszcze mieszkała w swoim przytulnym domu w Amsterdamie, chodziła do szkoły i była prawie szczęśliwa. Prawie, bo do szczęścia brakowało jej tylko najbliższej od serca przyjaciółki, której mogłaby powierzyć wszystkie swoje myśli. Zaczęła więc pisać, w formie listów do wyimaginowanej przyjaciółki Kitty, dziennik. Na początku przedstawiła swoją klasę, rodzinę i pisała o swoim życiu. 9 lipca nadszedł ten dzień, kiedy cala rodzina Franków musiała przenieść się do przygotowywanej od dawna kryjówki w oficynie budynku przedsiębiorstwa, który wynajmowali razem ze wspólnikiem ojca. To była ogromna zmiana. Na 45 metrach kwadratowych znalazło się siedem, a później osiem, różnych osobowości. Zamieszkała tam rodzina Franków: mama i ojciec Ann (zwany Pimem), jej siostra Margot, sama Anne, a także rodzina van Daan – Petronella, Hermann  i Peter ( w rzeczywistości rodzina van Pels – Auguste, Hermann i Peter) oraz Albert Dussel ( Fritz Pfeffer).

W takich warunkach ujawniały się wszystkie cechy charakteru, te najlepsze i te najgorsze. Nic nie mogło się ukryć przed współmieszkańcami. Żaden grymas twarzy, żaden uśmiech, żadne rozmarzone spojrzenie, czy łza w oku. Każdy ruch, każdy szept, każde westchnienie słyszane było przez wszystkich. Nie było dokąd uciec, nie można było się schować, zawsze widoczni, zawsze pod czyimś bacznym spojrzeniem. Anne weszła do domu przy Prinsengracht 263 w Amsterdamie jako radosne, wrażliwe, bystre dziecko. Przez dwa lata, podczas których się ukrywała, zdążyła przeobrazić się w młodą, inteligentą kobietę. To tam przeżywała typowy bunt nastolatki, pragnęła być widziana, akceptowana i kochana jako Anne-sama-w-sobie, a nie na przykład przez pryzmat córki czy młodszej siostry. W ukryciu przechodzi  najważniejsze etapy w życiu młodej dziewczyny i kobiety: pierwszą miesiączkę, pierwsze zakochanie i budzenie się uśpionej seksualności.

Czytaj dalej...

środa, 14 listopada 2012

"Kobieta, którą porwał wiatr" Claus Stephani




Claus Stephani w swojej debiutanckiej powieści „Kobieta, która porwał wiatr” zabiera nas  w podróż w przeszłość. Cofamy się do roku 1925 roku.  Znajdujemy się w Bukowinie, krainie pomiędzy Karpatami Wschodnimi a Dniestrem. Wiatr historii spowodował, ze na tej ziemi, a także w Mołdawii i Marmaroszu, gdzie także toczy się akcja książki, mieszkają obok siebie Rumuni, Węgrzy, Żydzi, Polacy, Niemcy i Ukraińcy. Każda nacja zachowała swój język, obyczaje i wierzenia, długo nie stanowiło to problemu. Do czasu… Chociaż wieści do ukrytych wśród gór wiosek dochodziły z kilkumiesięcznym, a czasami i rocznym opóźnieniem, to coraz częściej docierał i tutaj głos z zachodu mówiący językiem przesyconym rasizmem i antysemityzmem. Żydom zaczynało się wieść coraz gorzej i narażeni byli na różne szykany, mimo iż wcześniej nikomu nie wadzili jako sąsiedzi. Tam, do tych wsi, zapuszczały się do tej pory jedynie wilki i czasami prikulicze. Czasami te wilki miały ludzkie twarze, w wierzeniach mieszkańców i w rzeczywistości.

Ciąg dalszy na moim blogu. Zapraszam.

środa, 24 października 2012

Sprawiedliwość w Dachau - Joshua M. Greene

Wydawnictwo Świat Książki, Okładka twarda, 429 s., Moja ocena 6/6
Książkę zaczęłam czytać i skończyłam jeszcze w październiku, tylko jakoś nie mogłam zebrać się za napisanie recenzji, a już kilkakrotnie obiecywałam Agnieszce, że podeślę. Aga, kajam się:) 

Dlaczego tak kiepsko mi szło z recenzją? A dlatego, że sama nie wiedziałam co o książce napisać i pozwolę sobie powtórzyć to co powiedziała (napisała) Kasiek , że o dobrych książkach ciężko się pisze. No właśnie. Ale niniejszym nadrabiam zaległości i zabieram sie za pisanie recenzji i opis samego Dachau.


Konzentrationslager Dachau to pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny założony wiosną 1933r. w opuszczonej fabryce amunicji na obrzeżach miasta Dachau, na północ od Monachium, w południowych Niemczech. Funkcjonował do 29 kwietnia 1945, oswobodzony przez wojska amerykańskie. Obóz powstał  w celu izolowania politycznych przeciwników reżimu hitlerowskiego, duchownych i Żydów Stał się "wzorem" dla wszystkich kolejnych.
Od 1938r. swego rodzaju "ośrodek szkoleniowy" dla zarządców i wachmanów innych późniejszych obozów tego rodzaju.
Dachau pełnił funkcję głównego obozu dla duchownych z Kościołów chrześcijańskich (katolickich, protestanckich i prawosławnych).
Podczas wojny w obozie znalazło się wiele ludzi z krajów okupowanych: przede wszystkim z Polski (m.in. grupa 43 naukowców z Uniwersystetu Jagielońskiego). W maju 1940r. zesłana tu została ok. pięćset osobowa grupa łódzkiej młodzieży, zatrzymana podczas dużej akcji łódzkiego gestapo. Wśród nich byli m.in. dyrygent – Henryk Debich i aktor Włodzimierz Skoczylas. Wielu więźniów było kierowanych do KL Dachau z innych obozów. Wówczas więźniowie z Niemiec stali się mniejszością, a największą grupę stanowili więźniowie z Polski. Liczba więźniów i ofiar nie jest dokładnie znana. Wg dokumentacji obozowej w okresie 1933-45 przez obóz przewinęło się 206 206 więźniów, z czego zmarło 31 591. Liczby te jednak nie uwzględniają osób poddanych Sonderbehandlug (skierowanych do obozu przez Gestapo celem wykonania egzekucji), jeńców radzieckich zabijanych w ramach Kommissar-Erlaß oraz zmarłych w czasie ewakuacji obozu. Według niektórych danych, ogólną liczbę więźniów szacuje się na ok. 250.000 osób, a liczbę ofiar nawet na 148.000 (wliczając zgładzonych w podobozach).
Istotą funkcjonowania obozu był drakoński regulamin obozu opracowany przez komendanta Theodora Eickego. Przed wojną praca więźniów polegała na wykonywaniu robót na rzecz obozu w komandach roboczych, dla jego utrzymania i rozwoju. Podczas wojny więźniowie pracowali niewolniczo w przemyśle wojennym. W szczególności w ostatnich dwóch latach wojny, gdy Niemcy zdecydowali się umieścić strategiczne produkcje zbrojeniowe pod ziemią, więźniowie musieli pracować w morderczych warunkach. Najsłynniejszymi i najtrudniejszymi placówkami podziemnymi, były podobozy Kaufering i Mühldorf. Najcięższą pracę wykonywali na ogół Żydzi z Polski, Litwy i Węgier.W obozie stosowano 8, 14, 21 oraz 42 - dniowy areszt w bunkrze. Podczas odbywania kary więzień otrzymywał wodę i chleb a raz na cztery dni ciepły posiłek. Zdarzały się przypadki kiedy osadzeni przebywali w celi kilka miesięcy.
Bardzo popularną metodą torturowania była tzw: kara słupka, wielokrotnie po jej odbyciu więzień nie odzyskiwał władzy w rękach. Codziennością było również polewanie zimną wodą na kilkunastostopniowym mrozie co prowadziło do wychłodzenia organizmu a w konsekwencji do zgonu, wkładanie gumowego węża do przełyku, odkręcanie wody (więzień poddany takiej torturze topił się bądź ulegał poważnym obrażeniom narządów wewnętrznych).
Osadzeni najczęściej ginęli w wyniku niedożywienia, chorób, tortur, samobójstw, rozstrzelania oraz eksperymentów pseudomedycznych. Strażnicy wyznaczali kary za najdrobniejsze przewinienia m.in. źle pościelone łóżko czy trzymanie rąk w kieszeniach. W obozie "sławę" zyskała trupiarnia, w której dokonywano sekcji zwłok. Ściągano tam martwym więźniom skórę z pleców, którą następnie przygotowywano do dalszej obróbki. Wykonywano z niej rękawiczki, bryczesy, siodła, pantofle oraz torebki damskie dla SS. Szukano zazwyczaj zdrowej skóry. Lubowano się w skórze wytatuowanej.
W obozie "sławę" zyskała trupiarnia, w której dokonywano sekcji zwłok. Ściągano tam martwym więźniom skórę z pleców, którą następnie przygotowywano do dalszej obróbki. Wykonywano z niej rękawiczki, bryczesy, siodła, pantofle oraz torebki damskie dla SS. Szukano zazwyczaj zdrowej skóry. Lubowano się w skórze wytatuowanej.
Doświadczenia pseudomedyczne Dachau można podzielić na: malaryczne (Klaus Schilling stosował 69 odmian malarii. Odmianę najsilniejszą Madagaskar więźniom wstrzykiwano domięśniowo lub dożylnie), lotnicze (w kabinie ciśnieniowej zamykano od 5 do 15 więźniów, gdzie następnie zagęszczano lub rozrzedzano powietrze. Przy obniżaniu ciśnienia więźniowie wpadali w szał, rwali sobie włosy z głowy, tłukli głową o ściany. Po eksperymencie dokonywano sekcji zwłok a narządy zamykano w naczyniach. Większość więźniów po tych eksperymentach umierała lub dostawała porażeń w skutek krwotoków wewnątrz-czaszkowych, chorowali na choroby psychiczne)  nad ropowicą (dr Wolter wstrzykiwał więźniom ciekłą ropę wyciąganą z ran innych chorych lub zwłok. Więźniowie tracili kończyny lub dostawali posocznicy. W większości wypadków umierali i ta śmierć była dla nich prawdziwym wybawieniem). Spośród ok. 6000 więźniów poddawanych tym eksperymentom, nie przeżyło ich 2073.
Obóz został zajęty przez wojska VII Armii amerykańskiej. W tym momencie znajdowało się w nim ponad 31 000 więźniów. Krótko potem wszyscy napotkani w obozie esesmani zostali rozstrzelani.
Bezpośrednio po wojnie obóz był używany jako centrum dla osób powracających do swych krajów.
15 listopada 1945 r. w zabudowaniach KL Dachau rozpoczęła się seria procesów przeciwko zbrodniarzom hitlerowskim.
Pierwszym był proces przeciwko komendantowi obozu M. Weissowi oraz 33 ocalałych członków załogi. Od 1945r. do 1948 r. przed amerykańskim trybunałem wojskowym w Dachau osądzono 1672 osób, głównie członków załóg obozów koncentracyjnych oraz lekarzy prowadzących eksperymenty pseudomedyczne. Świat ciągle pamięta Norymbergę, gdzie nazistowscy dygnitarze zostali pociągnięci do odpowiedzialności, ale prawie zapomniał o procesach w Dachau, gdzie setki strażników, oficerów i lekarzy stanęły przed sądem za osobisty udział w torturowaniu i mordowaniu więźniów w obozach koncentracyjnych Dachau, Mauthausen, Flossenbürg i Buchenwald. 

Jeżeli doczytaliście dotąd, to teraz już o książce będzie...


Joshua M. Greene opowiada w swojej książce dramatyczną historię Williama Densona, młodego prawnika z Alabamy, wykładowcy prawa w West Point, którego wysłano do Niemiec, by pokierował zespołem oskarżenia w największej serii procesów nazistowskich zbrodniarzy w dziejach. Młody prawnik stal się głównym prokuratorem koszmarnych procesów nazistów w Dachau. Wśród oskarżonych znajdował się doktor Klaus Schilling, Edwin Katzen-Ellenbogen, psycholog z Harvardu, który został później konfidentem Gestapo, i jedna z najsłynniejszych zbrodniarek wojennych w historii, Ilse Koch, „Wiedźma z Buchenwaldu”, której upodobanie do lamp z tatuowanych ludzkich skór opisywały gazety na całym świecie. 



Proces w Dachau.


Proces w Dachau
Prokurator William Denson
Proces Wiedźmy z Buchenwaldu - Ilse Koch


Ilse Koch zeznaje
Świadek, polski ksiądz T. Korcz, czyta wyniki eksperymentów medycznych

Zanim w sierpniu 1948r. Procesy dobiegły końca, główny ich bohater, i bohater książki – Denson osądził więcej nazistów niż jakikolwiek inny prawnik w całym okresie powojennym- 177 strażników i funkcjonariuszy. Wyobraźcie sobie, jak wyczerpujące psychicznie było to zadanie. Wszyscy sądzeni uznani zostali za winnych. 97 skazano na śmierć, 54 na dożywotnie wiezienie (tu bym dyskutowała, bo to za łagodna moim zdaniem kara) resztę skazano na ciężkie roboty.
Procesy o mal nie doprowadziły do śmierci Densona. Dlaczego? Tego dowiecie się z książki.
W momencie, gdy podjął się prowadzenia procesów przeciwko nazistom, jego życie zmieniło się o 180 stopni. Z sielskiego niemal świata w Alabamie, z rodzinnego domu, przeniósł się na 21 miesięcy w samo serce piekła. Ten kontrast doskonale ukazany przez Greena, porusza bardzo, podobnie, jak zbrodnie popełnione przez nazistów. Denson ścigał i oskarżał w sprawie zbrodni i wynaturzeń tak okrutnych i niewyobrażalnych, że nadal wydają mi się one nieprawdopodobne.
Denson przeniesiony z Alabamy niepozorny prawnik, stał się jednym z najbardziej obserwowanych prawników w tym momencie i musiał zmierzyć się z czymś, o czego istnieniu świat nie wiedział i w co nie chciał uwierzyć, z czym nie spotkały się dotąd żadne cywilizowane narody ani sądy. I jak miał z tym dać sobie radę prowincjonalny w sumie, spokojny prawnik?! 

W tamtym okresie niewielu doceniło jego pracę i to co zrobił, co musiał zrobić. Na pierwszych stronach gazet był przecież proces w Norymberdze, gdzie potężny Międzynarodowy Trybunał Wojskowy sądził kilkunastu najwyższych nazistowskich dygnitarzy. Pomyślcie przez chwilę - procesach norymberskich słyszał chyba każdy (no prawie), chociażby na lekcjach historii, a o procesach w  Dachau? Założę się, że niewiele osób. Tak było i w tamtym okresie.

Sceną szeroko obserwowanego przez opinię publiczną procesu w Norymberdze był majestatyczny Pałac Sprawiedliwości, a udział w nim brało 12 dziennikarzy z całego świata.
Tymczasem 100 km dalej, Denson musiał praktycznie sam przedzierać się przez tony akt, notatek, przesłuchań, ogarnąć to jakoś i dać sobie z tym radę psychicznie, krótko mówiąc – nie zwariować. Jednak moim zdaniem to, czego dokonał Denson jest nieporównywalne z tym czego dokonano w Norymberdze. Tzn. oba procesy były niezwykle ważne, ale te Densona bez porównania bardziej heroiczne. W Norymberdze sądzono twórców zagłady milionów ludzi, a w Dachau wykonawców tej zbrodni. Denson sądził istoty (bo trudno nazwać ich ludźmi) za to, że własnymi rękoma dopuścili się niewyobrażalnych wprost okrucieństw i zbrodni, kierowali się zaś własnym wynaturzeniem i tym, co w istocie ludzkiej najgorsze.
Denson musiał obcować z tymi istotami, wysłuchiwać ich, obalać ich argumenty i na rozkaz armii USA uzyskać wyroki skazujące, które byłyby sprawiedliwe. Ale czy za popełnione przez nazistów zbrodnie jest właściwa kara? Na to i wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć w niniejszej książce prokurator Denson. Zadał sobie niewyobrażalną ilość trudu, żeby obalić argumenty przeciwników procesów, którzy uważali, że nazistów należy rozstrzelać bez sądu, żeby przygotować się do procesu, żeby to wszystko wytrzymać, bo zrozumieć się nie dało. Praca się przeciągała, oskarżeni twierdzili, że zostali zmuszeni do podpisania zeznań, nie przyznawali się do winy.
Ogromne poświęcenie z jakim Denson zaangażował się w proces i wyczerpanie psychiczne, doprowadziło do klęski w życiu prywatnym- zachorował fizycznie, był w stanie depresji, do końca procesów schudł ponad 25 kg. Uzyskał jednak 100% wyroków skazujących, ale jakim kosztem?! Jednak sława i nagroda, które na logikę powinien otrzymać, czy chociażby podziękowanie nigdy do niego nie przyszły. Dlaczego? Tego także dowiecie się w trakcie lektury.
W sumie pokonany Denson przez pół wieku milczał na temat procesów w Dachau, dopiero za sprawą Joshui M. Grrene'a ujawnia prawdę. Denson zmarł w 1998r. Jego ostatnią wolą było, żeby prawda o procesach w Dachau ujrzała światło dzienne.
Greene uzyskał dostęp do osobistego archiwum Densona, gdzie znajdowały się stenogramy z procesów, wycinki prasowe oraz stosy fotografii i listów. Dzięki nim udało mu się zrekonstruować procesy w Dachau i nadać swojej relacji atmosferę i napięcie najlepszego prawniczego thrillera. Niech się schowa Grisham ze swoimi thrillerami.
Książkę czyta się błyskawicznie z dwóch powodów: wyjątkowej lekkości pióra i stylu (mimo tak drastycznej tematyki), przy pomocy których została napisana, a także z powodu niedowierzania, że coś takiego było możliwe. Mimo tematyki w książce jest mniej opisów okrucieństw niż sądziłam na początku, ale i tak książka wstrząsa i poraża. Tematem jednak przewodnim są same procesy i osoba prokuratora Densona. Każdy z czterech procesów poprzedzony jest krótkim opisem, co, kto i jak. Procesy są bardzo szczegółowo opisane i pod tym względem, jak i pod względem historycznym jest to prawdziwy majstersztyk.
Uzupełnieniem są zdjęcia ukazujące przebieg procesów oraz prokuratora. Jest tylko jeden minus, na który ja zawsze zwracam uwagę – przypisy znajdują się nie u dołu każdej strony, a skomasowane są na końcu książki. To jedyna wada, nie mam nigdy cierpliwości szukania przypisy na końcu danej pozycji, tym bardziej jeżeli chodzi o tak wciągającą lekturę.
Ale to drobny minus, który nijak ma się do tego co zrobił prokurator Denson i wartości książki, której autorem jest Joshua M. Greene.

Gorąco zachęcam do lektury. Książka pochodzi z fantastycznej serii Sfery Wydawnictwa Świat Książki, która gwarantuje bardzo wysoką jakość merytoryczną. Sprawiedliwość w Dachau to pozycja wręcz obowiązkowa, niezwykle ważna i potrzebna. A Denson oprócz pracy, którą wykonał podbił mnie jeszcze jedną tezą, którą ja w 100% podzielam – ludzie mają w sobie ogromne pokłady zła i tylko od nas zależy, czy damy im dojść do głosu czy nie i czy w przyszłości unikniemy podobnej tragedii, jaką był bez wątpienia Holokaust.

Niebiosa są puste - Avrom Bendavid - Val

Wydawnictwo Świat Książki, Okładka twarda, 173 s., Moja ocena 6/6
Niebiosa są puste to cienka, ale niezwykle wstrząsająca i poruszająca pozycja o zagładzie nie tylko Żydów, ale całej miejscowości Trochenbrod, czyli po naszemu Zofiówki. Z każdej strony w trakcie lektury wyłania się historia, nieszczęście, ból, cierpienie i wołanie o pamięć.
Miasteczko to, a w zasadzie wspomnienie po nim, znajduje się na terenie obecnej Ukrainy,  na Wołyniu. Trochenbrod (Zofiówka) do 1942 r. był spokojną osadą żydowskich rolników do dnia, gdy w 1942r. zostało wraz z jego mieszkańcami zmiecione dosłownie z powierzchni ziemi przez nazistów.
Autor książki, Bendavid-Val to Amerykanin żydowskiego pochodzenia, jednocześnie potomek mieszkańców Trochenbrodu. W książce opisuje jak przez wiele lat tropił każdy najmniejszy nawet ślad po swojej rodzinie, znajomych, po wiosce. Jak za wszelka cenę próbował zrekonstruować historię żydowskiej osady.

Tam, gdzie niebieska kropka znajdował się Trochenbrod.

W latach 30. XX w.  Trochenbrod był typową w tamtejszych stronach rolniczą osadą, mieszkało w nim ok. 6 tys. Żydów (w miasteczku zamieszkiwała tylko 1 rodzina nieżydowska) . Zajęcie mieszkańców miasteczka było nietypowe, Żydzi bowiem niezwykle rzadko zajmowali się uprawą ziemi, zazwyczaj trudnili się handlem i rzemiosłem. Trochenbrod założyło kilka rodzin żydowskich, które na początku XIX w. osiedliły się na bagnistej polanie otoczonej sosnowym lasem. Trochenbrod różnił się jeszcze tym od innych osad z tego regionu, że był w zasadzie samowystarczalny i nie był związany z  żadnym z  okolicznych miast. W miasteczku doskonale prosperowały handel i prawie każdy rodzaj rzemiosła.
Poniżej zdjęcia z Trochenbro, gdy osada jeszcze istniała... i grób pamięci jednego z mieszkańców.







W sierpniu 1942 r. do miasteczka wkroczyli Niemcy i zaczęli wywozić nieświadomych niczego mieszkańców do leżącego nieopodal lasu, gdzie czekały na nich doły. Kazano im układać się w dole, na ciałach tych, którzy weszli wcześniej. Potem szucmani chodzili wzdłuż krawędzi dołu, strzelając ofiarom w tył głowy tak, jak zrobili z ludźmi leżącymi pod spodem - pisze autor książki. Ocalało bardzo niewiele osób. Kilka z nich udało się autorowi książki w trakcie żmudnych badań i poszukiwań odnaleźć. Opisali mu ze szczegółami masakrę Trochenbrodu i jak udało im się przeżyć. Np. Basia -Ruchla Potasz opowiedziała jak chowała się wraz z najbliższymi za fałszywą ścianą, przezornie zbudowaną w szopie przez jej ojca.
Potaszowie spędzili zimę w pobliskim lesie, przed Niemcami i współpracującymi z nimi Ukraińcami ukrywając się w ziemiankach. Basia-Ruchla wspomina, że od śmierci głodowej ratowali ich polscy i ukraińscy chłopi.
Inny mieszkaniec Trochenbrodu, któremu udało się uniknąć śmierci z rąk nazistów, powiedział autorowi książki, że w 1950 r. odwiedził miejsce, gdzie przed wojną znajdowało się miasto i nie znalazł śladów jego istnienia. Smutne, tragiczne, dające dużo do myślenia, jak szybko można zniknąć z powierzchni ziemi, jak szybko można zapomnieć. Na szczęście nie wszyscy zapomnieli.
Wiele domów w Trochenrbrodzie zniknęło wkrótce po zamordowaniu ich mieszkańców. Naziści rozebrali domy, część materiałów uzyskanych w ten sposób wywieźli do Niemiec. Po nadejściu Armii Czerwonej w 1944 r. Ukraińcy z okolicznych wsi zabrali z Trochenbrodu wszystko, co się dało, z płytami chodnikowymi włącznie. W ten sposób Trochenbrod przestał istnieć. Przez kilka miesięcy zatarto wszelkie ślady po kilku tysiącach żyjących tam ludzi, po ich życiu ich istnieniu. Jedynym śladem głównej drogi, która była kręgosłupem miasteczka, jest biegnąca po pustkowiu droga, którą jeżdżą ciągniki i wozy konne oraz dwa pomniki z ciemnego granitu, upamiętniające Trochenbrod i jego mieszkańców.

Tak wygląda obecnie główna ulica Trochenbrodu...
Wielu ocalałych mieszkańców Trochenbrodu osiadło np. w Brazylii, Argentynie, Izraelu.
Z większością z nich autorowi udało się skontaktować, stąd tak rzetelna i poruszająca treść książki. Niektórzy ocaleni przekazali mu zdjęcia, listy członków rodziny, dokumenty bankowe oraz relacje z pierwszej ręki dot. organizacji emigrantów z Trochenbrodu, działających m.in. w Montrealu, Baltimore, Bostonie, Chicago, Nowym Jorku, Toledo. Trochenbrodzianie (jak nazywa ich autor) podróżując po świecie, często zatrzymywali się u rodzin pochodzących z Trochenbrodu, świadczy to o tym, jak blisko ci ludzie są związani ze sobą, mimo iż rozproszeni po całym świecie. Wielu z nich nadal wspomina Trochenbrod, jak np. Ida Liss: (…) Jak pan myśli, co robię, gdy kładę się spać? Nie oglądam telewizji, nie widzę dobrze, nawet nie włączam telewizora. Co więc robię? Rozmyślam bez przerwy o moim życiu, o Trochenbrodzie. Widzę go. Widzę. Mam Trochenbrod przed oczyma.
Tytuł książki może dziwić, może się wydawać niewytłumaczalny, nic nie mówiący. W zasadzie, prawie do końca lektury nie wiedziałam, co on oznacza. A oznacza niezwykle wiele, jest bardzo znaczący, wymowny i poruszający.  Nawiązuje bowiem do słów jednego z dawnych mieszkańców Trochenbrodu Tuwii Droriego, który przed wojną wyjechał do Palestyny. Droriego tak powiedział autorowi: Słyszeliśmy od ocalałych, że gdy do dołów prowadzono głównego rabina miasta, w tałesie i z rodziną u boku, podniósł ręce ku niebu i zawołał: 'Gdzie jest Bóg miłosierny, najwyższy sędzia, opiekun wdów i sierot? Czy może być, że niebiosa w rzeczywistości są puste?.
Mogę tylko napisać jedno- książkę polecam, ba nawet mamy obowiązek ją przeczytać, poznać, a to za sprawa pięknego języka, którym książka jest napisana, długotrwałego, niezwykle skrupulatnego dochodzenia, jakie przeprowadził autor i masy, masy cudownych wspomnień ocalałych i nie tylko mieszkańców Zofiówki. Plusem jest piękne wydanie, poruszająca okładka i słowniczek terminów hebrajskich i żydowskich oraz bardzo szczegółowe źródłoznawstwo.
Mimo brutalnej szczerości z jaką książka jest napisana, niezwykle okrutnych opisów, poruszających i wyciskających łzy wspomnień jest to moim zdaniem pozycja obowiązkowa.
O Trochenbrodzie, zwanym też Zofiówką, opowiada film Wszystko jest iluminacją (2005). W żydowskiej osadzie mieszkał dziadek Jonathana Safrana Foera (w tej roli Elijah Wood), który odbywa po latach podróż na Ukrainę, aby odnaleźć wybawicielkę jego dziadka. 


Zdjęcia i mapka pochodzą ze stron:

www.forward.com

www.bet-tal.com (niesamowicie poruszająca strona, poświęcona właśnie Trochenbrod, zajrzyjcie)

wtorek, 16 października 2012

"Podróż" Ida Fink

„Podróż” Idy Fink została uznana przez National Yiddish Book Center w Nowym Jorku za jedną ze stu największych dzieł współczesnej literatury żydowskiej. Dorobek literacki Idy Fink nie jest duży, ale bardzo ceniony na świecie. Zmarła w 2011 roku w wieku 90 lat Autorka sama często powtarzała, że pisze wolno. Mimo skromnego dorobku, została dostrzeżona na świecie jako pisarka tzw. pierwszej generacji po Holocauście i uhonorowana wieloma nagrodami, miedzy innymi nagrodą im. Anny Frank oraz nagrodą Buchmanna przyznawaną przez Instytut Yad Vashem.

„Podróż” jest książką niezwykle przejmującą i zupełnie różną od wszystkich książek, jakie przeczytałam na temat Zagłady. Napisana po wielu latach historia ucieczki Autorki i jej siostry z getta na kresach wschodnich, niesie powiew nadziei, że się uda, mimo tych podłych ludzi, których bohaterki spotkały na swojej drodze i dzięki tym dobrym, których dane im było również poznać. Ida Fink wydobywa z mroków pamięci skrawki wspomnień i opowiada nam to, co i jak pamięta. Czasami ma sama wątpliwości, niekiedy nie potrafi zapełnić żadnymi obrazami czarnych luk pamięci. Ida z siostrą uciekają z getta do hitlerowskich Niemiec, ich ojciec ma pomysł, aby same zaciągnęły się do pracy w Rzeszy. Najbardziej szaleńcze plany mają największe szanse powodzenia. Tak im powiada ojciec. Pierwsze strony książki zawierają także obrazy znane mi z „Roku 1941”, teraz wiem, że miedzy innymi opowiadanie o „Odpływającym ogrodzie” powstało na motywach autobiograficznych. W wywiadzie  z 2003 roku dla Gazety Wyborczej Ida Fink mówi: To nie jest powieść, tylko fikcja autobiograficzna. Wszystko odbyło się naprawdę, chociaż opisuje to stylem innym niż styl autobiografii. Użyłam pierwszej i trzeciej osoby, żeby zdobyć się na pewien dystans, na spojrzenie z zewnątrz.


niedziela, 14 października 2012

"Wiosna 1941" Ida Fink



Rok 1941. Hitlerowcy zmieniają politykę odnośnie Żydów, których zegar, nagle zaczął przyspieszać. Tik tak. Chociaż niebo wciąż było niebieskie, trawa zieleniła się jak zawsze, a czereśnie były ciężkie od soku, dla wielu Żydów i Żydowek było to ostatni rok. Ida Fink pokazuje nam chwile z życia ocalonych do następnego razu, a także tych, którzy nie wywinęli się śmierci.  Te momenty są niczym doskonale skadrowane fotografie, przejmujące swą wyrazistością i prawdą. Dostajesz to, co widzisz, bez komentarza, bez zbędnej koloryzacji.  Dwadzieścia dwa krótkie opowiadania, gęste od emocji, bólu i strachu.
Dziewczyna, która leżąc w trawie śpieszyła się, aby przeczytać książkę. Może zdąży, bo taka gruba znowu nie jest. Tik tak.


niedziela, 23 września 2012

"Farby wodne" - Lidia Ostałowska


Lidia Ostałowska  pisząca między innymi reportaże i mniejszościach narodowych i etnicznych po napisaniu „Cygan to Cygan” (niedawno wydano książkę po raz drugi) po raz drugi sięgnęła po cygański temat. Tym razem przybliżyła nam losy Cyganów w czasie drugiej wojny światowej i okresie powojennym w reportażu „Farby wodne”. Stwierdzenie jednak, że jest to książka tylko o Cyganach byłoby nadużyciem.  To także historia Diny Gottliebovej oraz samego KL Auschwitz.

Książka zaczyna się od przypomnienia historii filmu Disneya o Królewnie Śnieżce. Była sobie raz królewna biała jak śnieg, rumiana jak krew, z włosami czarnymi jak heban… To na jej punkcie oszalał Disney zatrudniając ponad tysiąc ludzi przy produkcji tego filmu, wydając miliony na produkcję. Sam film przyniósł milardowe zyski, był hitem w Ameryce i w Europie, niejednokrotnie był to ostatni film, jaki udało się zobaczyć dorosłym i dzieciom przed wybuchem II wojny światowej. 

Czy Królewna Śnieżka może mieć cos wspólnego z obozem koncentracyjnym w Oświęcimiu? Okazuje się, że ma.