sobota, 24 sierpnia 2013

Józef Ignacy Kraszewski – Krzyżacy 1410

Józef Ignacy Kraszewski
Krzyżacy 1410
Wydawnictwo „Śląsk”, 1984

Czytywałam Kraszewskiego w czasach odległych, ale nie podobał mi się zbytnio, głównie przez rozwlekłe opisy przyrody, zbędne i nic nie wnoszące. Właściwie poza tymi nużącymi opisami niewiele mi w pamięci pozostało. Postanowiłam jednak dać mu jeszcze szansę, zwłaszcza że poza domem, na wakacjach, szybko skończyłam zabrane książki i nie miałam już nic ciekawszego pod ręką. Padło na Krzyżaków 1410, bo i czasy to interesujące, i zmagania z Zakonem przynoszą zwykle dużo emocji. Ciekawie też było porównać Kraszewskiego z Sienkiewiczem, którego Krzyżacy tkwią we mnie mocno od lat dziecięctwa.
Powieść rozpoczyna się krótko przed bitwą pod Grunwaldem, gdy wojna jest już właściwie rozpoczęta, wojska przemieszczają się ku sobie, a rozdrażnienie i czujność służb po obu stronach osiąga poziom niemal histeryczny. Przez ziemie należące do Krzyżaków wędruje samotnie z pielgrzymką ksiądz Jan, planując dotrzeć do Malborka i pomodlić się przed świętym obrazem, a przy okazji odszukać siostrę swoją przyrodnią Barbarę, która dawno temu na północy gdzieś osiadła. Zakonna czujność widzi w nim jednak szpiega i na męki wziąć każe, co źle by się skończyło, gdyby nie imię rzeczonej siostry, mającej u Krzyżaków znaczne poważanie. Wyrusza tedy Jan wraz z odnalezioną Barbarą i jej córką Ofką do Polski, by nawałnicę przeczekać i nie wie, że jego kobiety przeszpiegi dla Zakonu czynią i wieści braciom krzyżowym posyłają.


Czytaj dalej...

wtorek, 6 sierpnia 2013

Młody żołnierz spod Monte Cassino. "Requiem dla młodego żołnierza. Monte Cassino" R. Bonneau


Tytuł: Requiem dla młodego żołnierza. Monte Cassino
Autor: Renee Bonneau
Stron: 120

Requiem... można porównać, pod pewnymi względami, do Na zachodzie bez zmian. Dlaczego? Co może mieć wspólnego historia I wojny światowej z II? Przecież to kompletnie co innego... Tak mawiają. Jedna była wojną pozycyjną, a druga miała być wojną totalną. Miała być... Ale czy w 1944 roku bycie żołnierzem Wermachtu, walczącym w imię swojego ówcześnie upokorzonego kraju, było wciąż zaszczytem? Czy to, co robili ich rodacy nie odbiło się rykoszetem na nich? Czy trzeba było mordować ludność cywilną, niszczyć zabytki, świętości i siebie nawzajem? W imię czego? Przełamania Linii Gustawa? Ojczyzny? W imię III Rzeszy? Führera? Czy sterczenie na wzgórzu i wyczekiwanie na kolejny ruch wroga było rzeczywiście tym, czym miało być w założeniu? 


Czytelniku, jeśli trafisz w czasie wakacyjnych podróży w pobliże Monte Cassino, zatrzymaj się na drodze prowadzącej do klasztoru. Wyjdź z samochodu i pochyl głowę w hołdzie tym, którzy zginęli na tej świętej górze. Jeśli wytężysz słuch, może usłyszysz jeszcze świst pocisków i jęki rannych.Sven Hassel, Monte Cassino

Renee Bonneau, jak sam napisał, stworzył postać symboliczną, żołnierza, który walczył po stronie III Rzeszy. Nie miało to jednak znaczenia, bo czy dziewiętnastoletni chłopiec mógł sam wybrać, co jest dobre, a co złe? Czy mógł sprzeciwić się mobilizacji? Przecież walka za honor, upokorzonej przez traktat wersalski, ojczyzny brzmiała jak wyróżnienie, zaszczyt... Zresztą czy pod Monte Cassino walczono z nazizmem? Walczono o dobre imię Niemców? I czy to w ogóle miało sens? Takie pytania stawia autor i pozostawia z nimi czytelnika.

Ciąg dalszy --->> TUTAJ 


niedziela, 4 sierpnia 2013

O ludziach ,,próbujących schwytać Słońce"

W 1941 roku Japonia zaatakowała Stany Zjednoczone bombardując bazę Pearl Harbor na Hawajach. Oczywistym było, że oznacza to dołączenie Stanów do II wojny światowej oraz rozpoczęcie najbardziej intensywnych w historii walk na Pacyfiku. Japonia cesarza Hirohito okazała się trudnym przeciwnikiem, tysiące młodych amerykańskich chłopców straciło życie podczas działań wojennych, a końca wojny nie było widać. Wtedy, w 1942 roku rząd Stanów Zjednoczonych postanowił rozpocząć prace nad Projektem, który miał zapoczątkować nową erę dziejach współczesnych militariów. Postanowiono wykorzystać zjawisko rozszczepienia jądra atomu odkryte przez Otto Hahna do stworzenia najbardziej przerażającej brani, jaka kiedykolwiek widział świat.

Tak powstało Oak Ridge. Miasto zbudowane niemalże od zera, które zasiedlili przyszli pracownicy Zakładu Technicznego Clinton (CEW). Eksperyment naukowy stał się niemalże równie ważny co socjologiczny aspekt całego przedsięwzięcia. Ludzie z zupełnie rożnych części kraju, różnych warstw społecznych oraz, co ważne, o odmiennych kolorach skóry niejako zostali zmuszeni do tego by od podstaw zbudować oparte na tajemnicach i niedomówieniach społeczeństwo. Oba te doświadczenia stały się kanwą książki Kiernan.

,,Dziewczyny atomowe" to kolejna książka z serii ,,o tym nie dowiecie się na lekcjach historii". I to udana książka. Autorka pracowała nad nią ponad siedem lat i efekty tej pracy są naprawdę wspaniałe. Być może słyszeliście kiedyś o Oak Ridge, ale czy wiecie, w jaki sposób werbowano do nich pracowników. Jane Greer to matematyczka z dyplomem w walizce, Toni to córka skromnego farmera, Helen przed tym jak została operatorką kalutronu pracowała w kawiarni połączonej z apteką. Wojna zmieniła życie wszystkich, nawet tych, którzy z bezpośrednią walką nigdy nie mieli nic do czynienia, a Kiernan doskonale udało się to uchwycić. Wydawałoby się, skomplikowane procesy chemiczne zostały w książce przedstawione jako banalne zagadnienia. Dzięki nim nawet chemiczny laik jako tako orientuje się w zasadzie działania bomby atomowej. Całość czyta się niczym dobrą powieść, a samą lekturę dodatkowo uprzyjemnia piękna okładka.

Od momentu, gdy tylko usłyszałam o tej książce, zastanawiałam się, po której stronie stanie Kiernan. Zwolenników, czy przeciwników bomby atomowej. Zazwyczaj, pomimo najszczerszych chęci pisarzowi non-fiction nie udaje się być bezstronnym. Cóż, Kiernan jest wyjątkiem.  Autorka nie zawahała się wspomnieć o zniszczeniach i tragedii ludzkiej spowodowanej przez Little Boy'a i Fat Mana. W podobny sposób uchwyciła nastroje mieszkańców Oak Ridge, którzy, gdy już dowiedzieli się nad czym pracowali przez całe trzy lata. Z jednej strony radość z zakończenia wojny i rychłego powrotu z frontu członków rodziny  mieszała się z grozą i poczuciem winy związanym z moralną odpowiedzialnością za tragedię mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki.

,,Dziewczyny atomowe" powinny trafić w gusta odbiorców o zróżnicowanych wymaganiach dotyczących lektury. Czytelnicy zainteresowani fizyką, socjologią, a nawet feminizmem(!) powinni znaleźć w tej pozycji coś dla siebie. Książka Kiernan niedługo po publikacji stała się w Stanach bestsellerem, u nas również znajduje się wysoko w słupkach sprzedaży. Jeśli zdecydujecie się przeczytać tę pozycję, z pewnością zrozumiecie fenomen ,,Dziewczyn..." Polecam.

Franca
http://strofki.blogspot.com/

sobota, 3 sierpnia 2013

Każdy umiera w samotności - Hans Fallada

Berlin, rok 1940. II wojna światowa właśnie toczy się w najlepsze. Francja upada, a do drzwi mieszkania państwa Quanglów puka listonoszka i wręcza im zapieczętowaną kopertę. To zawiadomienie z poczty polowej. Otto, jedyny syn państwa Quanglów, poległ na froncie za Führera i ojczyznę. Anna wpada w czarną rozpacz, a Otto senior załamuje ręce. Zaczynają się kłótnie i wzajemne oskarżenia. "To wszystko przez tego twojego Führera!". "MOJEGO Führera?! Ależ Anno, to był przecież TWÓJ Führer!". Gdy mija pierwszy szok, małżonkowie wspólnie dochodzą do wniosku, że tak tej sprawy pozostawić nie mogą. Trzeba znienawidzonej obecnie władzy dać do zrozumienia, że wciąż istnieją ludzie, którzy się jej rządom sprzeciwiają! Ale jak tu stawić opór potężnej machinie państwowej, gdy samemu jest się niewiele znaczącym, przeciętnym obywatelem? Po dłuższym namyśle państwo Quanglowie wpadają na pomysł pisania o kartek o antynazistowskich treściach i podrzucania ich w miejscach publicznych. Przezwyciężając własny strach i wewnętrzne opory, zabierają się do dzieła...

Powieść powstała na kanwie autentycznej historii pewnego berlińskiego małżeństwa, które swoją antypaństwową działalność przypłaciło życiem. Podobno Fallada napisał tę książkę w niecały miesiąc, a niedługo potem zmarł i... w zasadzie wiele to tłumaczy. Przywołując opinię jednego z użytkowników portalu Goodreads - jeszcze kilka miesięcy pracy nad powieścią oraz dobry redaktor i mogłoby wyjść z tego arcydzieło. Tymczasem dla wielu czytelników "Każdy umiera w samotności" jest nim już w obecnej postaci.

Czytaj dalej...

czwartek, 1 sierpnia 2013

"Mam na imię Victoria. Zaginione dzieci Argentyny" Victoria Donda





autor: Victoria Donda
wydawnictwo: CARTA BLANCA
data wydania:  2011
liczba stron: 224


moja ocena:  5 / 6






 Jakiś już czas temu przeczytałam książkę o zaginionych dzieciach Argentyny. Przyznam szczerze, że jest niewiele rzeczy na tym świecie, które mną wstrząsnęły. Ta historia należy do nich. Czytam o młodej dziewczynie Analii uwikłanej w okrutną historię własnego państwa, okresu wojny i dyktatury, szwadronów śmierci i obozów koncentracyjnych w samym środku Buenos Aires. Razem z nią odkrywałam nowe tropy kłamstw, jakimi ją karmiono przez lata. Przedziwna historia: dziewczyna odebrana matce, wychowana w rodzinie zbrodniarza, zaangażowana wbrew rodzinie w działalność polityczną na rzecz biednych i pokrzywdzonych, odkrywa prawdziwą historię swojej matki. Cori  ginie w obozie koncentracyjnym tuż po narodzinach dziecka.




         W tej historii od początku nie ma jasnych odpowiedzi, trudno z całą pewnością określić, co jest prawdą, a co fikcją. Nawet pokrzywdzeni w naszej ocenie nie sa niewinni. Ale jedno jest pewne - koszmar życia i śmierci setek ludzi zaginionych i ich dzieci okrutnie odebranych przed śmiercią i przywłaszczonych z nową tożsamością przez ludzi politycznie poprawnych w ponurych czasach dyktatury wojskowej. Zdumiewa jeden fakt - Analia (Victoria) jest starsza ode mnie zaledwie o 5 lat. Za każdym razem, kiedy podaje konkretne daty i swoje przeżycia, terror i walkę o prawa człowieka, ja zastanawiałam się, co robiłam w tym czasie w Polsce. U nas też nie było wolności, ale moje dzieciństwo upłynęło spokojnie, nie brakowało mi niczego. Nie musiałam walczyć o prawa człowieka, a mój świat nigdy nie runął w gruzach. Jestem szczęściarą i jak bardzo tego nie potrafimy docenić! 




       A jednak ciągle mam wrażenie, że łączy mnie coś z bohaterką książki. Może upór? Albo niechęć podporządkowania się systemowi (jakiemukolwiek), może pasja do życia, albo dawne urazy z przeszłości? Bycie buntownikiem na każdym poziomie i w każdym czasie jest trudne. A mimo to ciągle słyszę i czytam o ludziach, którzy poświęcają wszystko dla innych, dla sprawiedliwości, w imię Boga, religii czy zwykłego humanitaryzmu. Czy kiedyś będę na tyle odważna, żeby walczyć o swoje marzenia i o swój świat?

     Victoria Donda pisze:
"(...) została tu przedstawiona prawda. To się  wydarzyło. I ma większe znaczenie niż moja osoba, bo zawiera trzydzieści milionów historii. To się wydarzyło w Argentynie zaledwie trzydzieści lat temu i dotyczy nas wszystkich. Ta książka przedstawia tylko jeden przypadek. Może być przykładem (...) horroru i zgubnych konsekwencji dyktatury. (...) Dziś czuję, że przemierzyłam daleką drogę i dopiero teraz mogę i powinnam w pełni cieszyć się życiem, każdą chwilą. Dla mnie żyć zawsze będzie oznaczało walczyć o prawdę, o to, co uważam za sprawiedliwe, o moje przekonania".


Anna M.

annamatysiak.blogspot.com





 

"Dobre dziecko" Roma Ligocka

   Kraków i ja...




tytuł: Dobre dziecko
autorka: Roma Ligocka

wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 29 listopada 2012

 moja ocena: 6 / 6







Wiedziałam, że tak się stanie... Wzięłam książkę Romy do ręki i odłożyłam dopiero, gdy skończyłam czytać ostatnią stronę... Zawsze pochłaniam książki tej autorki. Niektóre z nich czytałam nawet kilka razy.

Tym razem "Dobre dziecko" - lektura trudna i wymagająca. Roma Ligocka wraca pamięcią do lat i wydarzeń, o których nie potrafiła pisać aż do tego czasu. Wiele z nich wymazała z pamięci i dopiero teraz wyłaniają się z zapomnienia. O wielu z nich może napisać tylko w przenośni, nie dopowiada wszystkiego, pozostawia otwarte, bolące pytania. Jak zawsze, pisze językiem dziecka, którym pozostała przez całe życie. Wspomina Kraków, matkę, szkołę. Można powiedzieć, że nic dobrego ją nie spotkało, ale jednocześnie te wydarzenia ukształtowały jej silną osobowość i wolę przeżycia.

W dzieciństwie wiele razy słyszała, że jest złym dzieckiem:
"Czarne oczy. Schowaj oczy. Jak można mieć takie czarne oczy? Mówili dorośli. Ona ma zły wygląd. Z takim wyglądem nie da się przeżyć"

Mała Roma uwierzyła dorosłym, starała się być niewidzialna, nie jadła, nie uśmiechała się, nie było jej. Uciekała całe dzieciństwo, żyła w strachu, nigdzie nie miała domu, zawsze się ukrywała i dalej uciekała.  Każdy jej mówił, że jest złym dzieckiem, że nie zasłużyła na ocalenie.

O przeżyciach wojennych można było przeczytać w książce "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku". Teraz Roma pisze o latach powojennych, trudnym okresie dorastania, życiu w cieniu przeszłości. Jak sama dodaje:
"Holocaust to nie wszystko (...) Cierpienie wtedy się nie skończyło, nie jest rozdzielane sprawiedliwie ani dawkowane porcjami. Przychodzi, kiedy chce i do kogo chce. Nikt nie może sobie nigdy powiedzieć, że dosyć - jego limit w życiu już się wyczerpał".
Często czytam wspomnienia ocalałych z Holocaustu...


więcej o książce na moim blogu: annamatysiak.blogspot.com


zapraszam :)

Anna M.

środa, 31 lipca 2013

Nikt nie woła - Józef Hen


Historia powstania książki jest nie mniej fascynująca niż sama treść. „Nikt nie woła” zawiera wątki autobiograficzne i opowiada historię siedemnastoletniego chłopca z Nowolipia, który w 1939 roku ucieka z Warszawy do Związku Radzieckiego. Pierwszą część pod tytułem „Boso” powstała w 1956 roku w czasie wielkiej odwilży i miała wtedy okazję się ukazać, Józef Hen jednak postanowił dokończyć tą historię i dopisać część drugą „W butach”. Kiedy ukończył swoją powieść czas odwilży również się skończył i wydanie tej książki stało się niemożliwe. Książka żyła jednak w formie maszynopisu, wiele osób ją czytało, między innymi Kazimierz Kutz, który na jej podstawie zrealizował film pod tym samym tytułem, zmieniając jeden wątek i przenosząc akcję z Uzbekistanu na ziemie odzyskane. Autor na wydanie swojej powieści czekał 33 lata, pierwszy raz ukazała się tuż po Okrągłym Stole, w 1990 roku, a w tym roku została wznowiona przez Wydawnictwo Literackie i zaopatrzona w posłowie napisane przez samego Józefa Hena.

Bogdan Berger zwany Bożkiem, polski Żyd, uciekł przed Niemcami, a jako że nie był pełnoletni nie posiadał również żadnego dokumentu tożsamości. Oderwany od rodziny i od książek, z głową nabitą literaturą i aktorską pasją, znajduje się na trudnym, niegościnnym radzieckim gruncie. Jego tułaczka doprowadza go aż do Uzbekistanu, w samym onucach, boso. Tam bywa bardzo zimno lub bardzo gorąco, a na dodatek prawie zawsze głodno. Bożek ma takie same pragnienia, jak każdy młody chłopak, a poza tym chce wreszcie najeść się do syta, mieć porządne buty i ubranie, a także znaleźć tą jedną jedyną, wybrankę swego serca. Jakże jednak znaleźć miłość swego życia pracując w batalionie pracy, boso i w łachmanach, kiedy jedyne kobiety z którymi ma się do czynienia to na ogół proste, brudne i wulgarne dziewczyny? Wiele się jednak zmienia, kiedy Bożek stawia się na rekrutację do Armii Andersa, niestety z powodu swojego żydowskiego pochodzenia dostaje kategorię „D”, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostaje mundur i upragnione buty. Jakże wiele wtedy zależało od rzeczy, które teraz wydają się nam oczywistością – buty i ubranie. Wtedy jednak był to powrót do społeczeństwa, szansa na znalezienie pracy, szansa na przetrwanie.

Druga część książki „W butach” to historia miłości. Miłości trudnej, bo bycie polskim Żydem było wtedy jedną z najgorszych opcji, szczególnie, gdy kochało się Ukrainkę i nie miało zbyt wiele okazji, aby się spotykać. Bieda ciągle pukała do drzwi, a głód zaglądał w oczy, toteż uczucie takie wymagało wiele determinacji i poświęcenia, nie obyło się również bez potknięć. Jaki był finał tej historii? O tym pisze sam Autor w posłowiu.

„Nikt nie woła” to piękna książka napisana bez zbędnego patosu i martyrologii.
Tak, jest żal, że taki młody, zdolny i wartościowy człowiek zamiast pogłębiać swoje talenty marnuje swoje najpiękniejsze lata na tułaczce. Jednakże to książka przede wszystkim o poszukiwaniu miłości, o wierności samemu sobie i niezatraceniu podstawowych wartości, które wynosimy z domu, a które czynią nas ludźmi. Strony książki pulsują emocjami, jest sporo złości, poczucia osamotnienia i niesprawiedliwości, tęsknoty za uczuciem i ukochaną kobietą. Czyta się wspaniale, wzrusza, niemal wyciska łzy. Prawdziwa perła. Dobrze, że przez tyle lat nigdzie nie zaginęła, wielka byłaby to strata do polskiej literatury.

Dodam jeszcze tylko, że Józef Hen na swojej wyboistej drodze do publikacji „Nikt nie woła” dopisał nawet dwa wcześniejsze tomy, których akcja dzieje się w Polsce, miał nadzieję, że książka jako trzecia część trylogii przejdzie cenzurę i będzie miała szanse się ukazać. Niestety, wydarzenia marca 1968 roku znowu to uniemożliwiły. Za to „Przed wielką pauzą” i „Opór” zdobyły wówczas znaczący sukces. Właśnie zakupiłam je na Allegro za szaloną sumę trzech złotych w jednotomowym wydaniu i już się cieszę, że poznam wcześniejsze losy Bożka i jego rodziny.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

poniedziałek, 29 lipca 2013

Czarny anioł - Mika Waltari

Wydawnictwo Książnica, Okładka miękka, 352 s., Moja ocena 6/6
Wspaniała, rewelacyjna powieść, na równi o wielkiej, niespodziewanej i od początku nie mającej szans miłości, jak i porywającym mieście, jakim był w połowie XV wieku Konstantynopol.
Mamy rok 1452, od kilku miesięcy trwa oblężenie miasta. Pewnego dnia do Konstantynopola przybywa rycerz Johannes Angelos. Jego celem była obrona chrześcijańskiego miasta i świata. Johannes skończył 40 lat, w XV wieku był to wiek, kiedy wielu (tych, którzy szczęśliwie dożyli) szykowało się na śmierć, wiadomo choroby, niebezpieczne życie etc. Nie inaczej jest z Johannesem. Przybył on do Konstantynopola, żeby pomóc wierze, ostatni raz spełnić swój obowiązek i najprawdopodobniej w tym mieście zakończyć życie. Los jednak lubi płatać figle i nigdy nie wiadomo, co jest komu pisane. Johannes poznaje bowiem piękną Annę Notaras, z pochodzenia Greczynkę wysokiego rodu. Ich miłość od początku skazana jest na niepowodzenie, żeby nie rzec zagładę. 
Co mnie urzekło w tej książce? Prawie wszystko, na równi postać Johannesa jak i Anny, ich miłość (taka prawdziwa, jak grom z jasnego nieba, od pierwszego wejrzenia), nieliczne wykradane ba wydzierane życiu spotkania, w trakcie których zapominają o wszystkim, o niebezpieczeństwie, o tym, że w zasadzie są bez szans, o oblężeniu miasta. 
Piękne słowa o miłości, wypowiedziane językiem epoki... 
 (...)Ujrzałem cię pierwszy raz i przemówiłem do ciebie. Było to tak, jakby przeszło przeze mnie trzęsienie ziemi (...) 
(...)Z ołowiu jest moje serce, z ołowiu jest krew w moich żyłach. Nienawidzę tego umierającego miasta, które wpatruje się ślepo w swoją przeszłość i nie chce uwierzyć, że zagłada zbliża się do jego wrót.(...)
Poza tym doskonałe, pełne szczegółów i faktów historycznych opisy Konstantynopola, miasta potężnego, przebogatego, które w XV wieku było mekką chrześcijańskiego świata, miasta, które jest o krok od zagłady, miasta, które lada moment upadnie. A upadek Konstantynopola oznaczał jednocześnie upadek pewnego stylu bycia, upadek części wpływów religii chrześcijańskiej, upadek świata i pewnej epoki. Co istotne, wszystkie fakty historyczne i większość postaci (poza Johannesem) są prawdziwe. Brawo dla autora za doskonałe przygotowanie merytoryczne. Końcowy opis masakrowanego, niszczonego, zgładzanego Konstantynopola i żyjących w nim ludzi, okrzyki Aleo he polis, czyli Miasto upadło, są niezwykle poruszające, każdego chwycą za serce. I na tym tle wielka, nie mająca szans miłość, taka jaka trafia raz w życiu i to nielicznym.
Do tego mistrzowskie dozowanie napięcia, budowanie atmosfery miłości, na równi z beznadziejnością i dążeniem do zagłady. Majstersztyk po prostu, powieść historyczna najwyższego lotu. Szkoda, że takich książek już się obecnie nie pisze. 
Zachęcam do lektury Czarnego anioła, po raz kolejny jestem po wielkim wrażeniem pisarskiego talentu fińskiego autora. Czarny anioł, to jedna z tych książek, które czyta się z zapartym tchem, a w trakcie lektury trzyma się mocno kciuki za głównych bohaterów. To także książka, o której myśli się jeszcze długo po zakończeniu lektury.

niedziela, 28 lipca 2013

Requiem dla młodego żołnierza Monte Cassino - Renee Bonneau.

 




       Walki o klasztor Monte Cassino  są jednakże  w książce jedynie tłem dla opowieści snutej przez ojca Matteo, zakonnika z opactwa cystersów w Casamari, w którym Niemcy utworzyli szpital dla swoich rannych żołnierzy. Zakonnicy opiekują się swymi wrogami z całym oddaniem wykonując wszelką niezbędna posługę łącznie z pochówkiem połączonym z modlitwą w ich intencji. Dla nich nie są to  wrogowie lecz ludzie niejednokrotnie przywiezieni w stanie krytycznym, straszliwie okaleczeni a  więc  potrzebujący pomocy i troski. Ojciec Matteo jest oprócz niemieckiego pielęgniarza  jedyną osobą  potrafiącą porozumieć się z rannymi w ich ojczystym języku co sprawia, że może im przynosić dodatkową ulgę w cierpieniu i robi to podtrzymując na duchu szczególnie umierających.

Czytaj więcej na blogu.

piątek, 26 lipca 2013

James Bond w sutannie. "Purpura i czerń" James P. Gallagher

James Bond w sutannie? Irlandzki ksiądz, który nie waha się użyć pięści, gdy ktoś go zdenerwuje? Nie dba o pozory czy zdanie swoich przełożonych. Dla niego liczy się tylko pomoc bliźnim i przykazania Boga. Człowiek, który pomógł tysiącom ludzi podczas II wojny światowej. Oto historia zapomnianego bohatera, monsiniora Hugha O'Flaherty'ego.

James P. Gallagher napisał książkę, która w sposób intrygujący i wciągający przybliża czytelnikom sylwetkę księdza, który uratował wiele istnień w trakcie Czasów Pogardy. Purpura i czerń, to jego pierwsza tak wielka publikacja, a na pewno ta, która na długie lata zapadnie w pamięci czytelników.


Innym razem (...) O'Flaherty całkowicie samodzielnie zorganizował operację wyrostka robaczkowego.