sobota, 23 marca 2013

Leśne morze - Igor Newerly


Kto jeszcze wie i pamięta o Polakach w Charbinie, którzy w 1887 roku przyjechali do Mandżurii budować ich wielką Kolej Wschodniochińską? Nikt lub prawie nikt, ja przynajmniej o ich tragicznych losach dowiedziałam się z książki Igora Newerly’ego „Leśne morze”.  Ta z rozmachem napisana powieść, porusza wiele wątków i spraw już zapomnianych, a autorowi aż cztery lata zajęło jej napisanie.

Przez różne fazy przechodziłam czytając „Leśne morze”. Wszystkie historie związane z tajgą - shu-hai czytałam z zapartym tchem. Wspaniały jest wątek bezogonowego tygrysa, którego losy są podobne do dziejów głównego bohatera Wiktora Dumanowskiego i ciągle się z nimi splatają. Młody, waleczny tygrys zostaje osierocony i skazany na siebie i tajgę, tytułowe leśne morze, które otacza go z każdej strony. Ta potężna shu-hai daje schronienie, karmi go, przynosi radość. To jego ochrona przed ludźmi, których woli omijać z daleka. Z młodego tygrysa wyrasta potężny samiec Wang, który niesie postrach wśród zwierząt i ludzi, błąka się i szuka swego miejsca i szczęścia. Taki sam jest młody Wiktor Dumanowski. Urodzony na chińskiej ziemi jako dziecko Polaków, nie potrafi się zidentyfikować. Z jednej strony kocha swą nigdy niepoznaną Ojczyznę, która jest mu bliska dzięki opowieściom ojca i matki. To matka opowiada mu o najlepszej skierniewickiej ziemi rodzącej najlepsze owoce, to za jej nieznanym zapachem tęskni. Z drugiej strony- zakorzenił się w Chinach, które są dla niego drugą (pierwszą?) Ojczyzną. To historia człowieka, który nie może wrócić do kraju rodziców, ale jest też niechciany na ziemi, na której się urodził. Bez miejsca, bez państwa, mający jedynie tajgę za dom. Jedyne, czego może być pewien Wiktor to to, że tajga nie ma przed nim tajemnic i że go nie zdradzi. To tam w końcu znajduje swoje miejsce, swoich przyjaciół i swoją miłość. W pewnym stopniu przypomina mi on Dersu Uzałę, bo tak jak on żyje w krainie, gdzie strzelba i amunicja wystarcza, aby zapewnić kilka tłustych lat, a i bierze z niej tylko tyle, ile potrzebuje, nic więcej.

„Leśne morze” to opowieść o byciu samotnym wśród ludzi, to historia o byciu człowiekiem bez kraju. To książka o wojnie, którą słychać w oddali, ale przez to nie jest wcale łatwiejsza do zniesienia, czy mniej intensywna. To właśnie tam, w Mandżurii, wydobywa się uran, mówi i działa się w temacie broni atomowej i biologicznej.  Wszystkie polityczne kawałki, jak to ja, czytałam z pewnym zniecierpliwieniem, wiercąc się w fotelu i wzdychając, a wszystko dlatego, że chciałam czym prędzej wrócić do tajgi, do Wiktora -Wei-tou i Aszyche-Trzytane. Uczucie, które ich połączyło, najbardziej mnie dotyka i ujmuje, jest zawieszone pomiędzy niewypowiedzianymi słowami, a spojrzeniem mówiącym więcej niż milion wyznań. Takie szczególne porozumienie serc, opisane w sposób niezwykły i wielkim wyczuciem. Niezwykła to była miłość, tak daleka od europejskiego pojmowania miłości, silna, pełna i fascynująca. Z drugiej strony jednak krucha ze względu na różnice ideologiczne, kulturowe i narażona na innego typu pokusy.

Igor Newerly potrafi pisać o rzeczach trudnych w wyjątkowy sposób i za to go bardzo cenię. Sama książka, chociaż miejscami trochę mi się dłużyła, to zostawiła jednak ciepły, przyjemny ślad w moim sercu.


_____________
Igor Newerly, Leśne Morze, Świat Książki, Warszawa 2009, s. 556.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.

piątek, 22 marca 2013

Burzliwy żywot Baska Zalacaina - Pio Baroja.





Pio Baroja Y Nessi hiszpański pisarz żyjący w latach 1872-1956, z wykształcenia lekarz, zanim poświęcił się literaturze i  publicystyce praktykował jako lekarz wiejski w kraju Basków, a później, już w Madrycie gdzie podejmował różne zajęcia. Był jednym z twórców nowoczesnej prozy hiszpańskiej a w swych powieściach dawał obraz życia w Hiszpanii. Wydał około 100 książek i między innymi trylogię "Ziemia Basków",  której częścią jest właśnie "Burzliwy żywot Baska Zalacaina".
       Wprawdzie Martin Zalacain, bohater książki,  to postać fikcyjna, ale tło w jakim akcja książki się rozgrywa jest historyczne, gdyż  jest nim pełna tragizmu, krwawa wojna domowa w Hiszpanii, jaka miała miejsce w drugiej połowie XIX wieku. Była to wojna kończąca okres wojen tzw. karlistowskich, nazwa ich wywodziła się od Don Carlosa, jednego z pretendentów do tronu Hiszpanii. A były to wojny, jak się dowiadujemy z posłowia "pomiędzy liberałami i konstytucjonalistami a zwolennikami monarchii absolutnej, pomiędzy centralistami, pragnącymi nowoczesnej, zjednoczonej i burżuazyjnej Hiszpanii a zwolennikami feudalnego decentralizmu".
       Prio Barojao nie epatuje czytelnika jednakże wojną, lecz powiada w swej książce żywym, naturalnym i prostym językiem, który się odbiera bardziej jako formę mówioną niż literacką o kolejach losu młodego, pełnego temperamentu Baska, który urodził się w Urbi,  w biednej chłopskiej rodzinie,  bez szans na wykształcenie i lepsze życie niż wiodła jego rodzina. Wychowywany przez  matkę, Martin,  nauczyciela i prawie ojca znalazł w swym ciotecznym dziadku, zadeklarowanym indywidualiście, który nie tylko był samowystarczalny, ale miał specyficzne i wręcz cyniczne podejście do życia, a który zwykł mawiać:"Niech każdy pilnuje tego, co ma, i kradnie to co może" co było jego prospołeczną teorią, jaką zaszczepił  swemu wychowankowi. Martin okazał się inteligentnym i pojętnym uczniem co sprawiło, że  wyrósł  na  chwackiego i dzielnego młodzieńca, który już w wieku 16 lat zarabiał na swoje utrzymanie. Jego pełne brawury wyczyny znane były daleko i szeroko. Od wojny starał się trzymać z daleka, chociaż i wojaczki zakosztował, a  swój spryt i  odwagę wykorzystywał parając się przemytem broni, handlem a i złodziejstwem również co przyniosło mu nie tylko sławę ale również dobrobyt.
    Bohater Baroji  to postać niezwykle pasjonująca, taki  wzbudzający ogólną sympatię i podziw, jak i uczucia u  seniorit,  szaławiła i awanturnik, którego jedynym odwiecznym wrogiem był  brat wybranki serca, Cataliny. Wrogość ta wynikała z zadawnionej waśni rodzinnej, jaka trwała od wieków między rodzinami Martina i Cataliny. Mimo różnych przeciwności Catalina zostaje w końcu jego żoną, chociaż na krótko, gdyż w wieku 24 lat ginie on,  wprawdzie nie z rąk, ale jednakże  za przyczyną swego nieprzejednanego wroga, który mu nie darował małżeństwa z siostrą.
    "Burzliwy żywot Baska Zalacaina" to śmiało można rzec pełna uroku, epicka  ballada, której bohater po wielu barwnych przygodach  wprawdzie zdobył wszystko co chciał zdobyć, ale  zginął młodo pozostawiając po sobie  pamięć uwiecznioną nie tylko w nagrobnym w epitafium :

 "W grobie cichym tu spoczywa
 Martin Zalacain - Waleczny.
 Śmierć wzięła odwet konieczny,
 choć był dzielny - sprawiedliwa.
 Wśród Basków trwać będzie wieczna 
 pamięć o nim ciągle żywa,
 i choć te zwykłe nazwiska
 księga historii pomija,
 przechodniu z jego plemienia,
 zdejm czapkę - chwała nie mija! " 
     "Burzliwy żywot Baska Zalacaina"  mimo lekkiego, balladowego stylu, zawierający pieśni sławiące czyny Basków, a także różne opowiastki z ich życia ukazujące ich naturę, wprowadza również czytającego w XIX wieczny świat Basków, którzy, jak się okazuje różnią się niepomiernie od  Hiszpan. Baskowie, jeden z najbardziej tajemniczych narodów Europy, zamieszkujący wokół zatoki Biskajskie j/ Hiszpania i Francja/  zawsze cenili sobie niezależność i do dzisiaj  walczą o swoje prawa do  autonomii. Odgrywali  ważną rolę w historii Hiszpanii i to nie tylko w wojnach domowych, ale jak pisze Pio Baroja "Baskowie, zgodnie ze swą wrodzona skłonnością, stawali w obronie staremu przeciwko temu, co nowe. Zawsze tak było. Zawsze po stronie starego obyczaju i .... przeciwko nowym ideom". Toteż w wojnach karlistowskich  stali po stronie karlistów chcących zachować feudalny decentralizm, który zapewniał im odrębność prawną i przywilej, jakie Kraj Basków i Nawarra posiadały.Niestety przegrali. Sam Pio Baroja był agnostykiem i zaciętym antyklerykałem co stawiało go po stronie liberałów i takim, nie zewnętrznie, gdyż związany z kościołem, ale w głębi duszy, liberałem i antyklerykałem był bohater jego  książki, Martin Zalacain.
   
   Książkę czytało mi się łatwo i z dużą przyjemnością, a sprawił to właśnie między innymi prosty, lekko krotochwilny styl, jakim posługiwał się Baroja, o którym pisałam wcześniej, ale przede wszystkim interesująca i  pełna fantazji postać bohatera oraz jego niewiarygodne, pełne  przygód życie.

Była to moja pierwsza książka hiszpańskiego pisarza,  ale nie ostatnia równie być może i Baroji,  gdyż Hiszpanie to intrygujący naród i tak różny od nas, że warto ich poznać bliżej.

niedziela, 17 marca 2013

Czas honoru. Przed burzą - Jarosław Sokół


Przyznaję, że  „Czas honoru, Przed burzą” czyta się równie dobrze, co pierwszą część. To bardzo dobra przygodowa (?) książka z wnikliwym tłem historycznym. Fikcja znowu przeplata się z faktami, jak na przykład historia hotelu Bristol czy napadu na Reichsbank (autor opierał się na historii Hotelu Polskiego i akcji „Góral”).  To jednak nie jedyne wątki, które mają swoje odbicie w historii. Wreszcie ktoś w tego typu książce pisze bez ogródek o Katyniu, czy wspomina o tragedii Polaków na Wołyniu. 
Wszystko opisane jest jasnym, prostym, przystępnym językiem, który może tylko zachęcać do poznania nie tylko dalszych losów czwórki Cichociemnych, ale także historii Polski. W dzisiejszych czasach, kiedy redukuje się godziny historii w szkole tak, że niedługo uczniowie zdołają poznać tylko datę Chrztu Polski, bitwy pod Grunwaldem i rozpoczęcia II wojny światowej, takie książki są potrzebne. Co jednak mnie boli najbardziej to to, że spora część młodzieży uważa, że historia jest nieważnym przedmiotem. Nie znać historii własnego kraju, własnych korzeni (i nie tylko)? Nie wyobrażam sobie.  Książki takie jak „Czas honoru. Przed burzą” są ważne, ponieważ na nowo mogą zaszczepić w ludziach historycznego bakcyla, rozbudzić chęć do własnych poszukiwań, bowiem nie wszystko na krótkich, szkolnych lekcjach da się powiedzieć.

W posłowiu Jarosław Sokola pisze: ”(...) uważam, że fikcja powinna inspirować do poszukiwania prawdy. Jeśli moje fikcje z „Czasu honoru” skierują czytelników w stronę prawdziwej historii Polski, uznam to za pisarski sukces”. Sadzę, że autor ma duże szanse, aby ten sukces osiągnąć, bo ja sama, mimo iż historię II wojny światowej znam dobrze, to zaczęłam poszukiwać materiałów o Cichociemnych, czy losach Polaków na Ukrainie. Zdaję sobie sprawę, że o wielu rzeczach jeszcze nie wiemy, o wielu jeszcze długo nie będzie się pisać, bo zbyt mało czasu upłynęło od zakończenia II wojny światowej, ale i tak już wiadomo więcej niż na przykład 20 lat temu.

Wracając do samej książki, to już na wstępie poznajemy nowego szefa gestapo Reinera Larsa, chłodnego analityka o umyśle ostrym jak brzytwa, któremu udaje się rozwikłać nie tylko tajemnicę Hallbego, ale również Cichociemnych.  Więcej też kobiet pojawia się na stronach książki, przewodzą wciąż naiwna do bólu Wanda z niezdecydowaną Leną, ale mamy także na przykład charakterną „Rudą”, czy genialną „Margaret”.  Przygody czwórki Cichociemnych są niezwykle interesujące, a akcja ma niesamowite tempo, które znowu nie pozwoliło mi oderwać się od książki ani na chwilę. Pojawia się również przerażający „Tłumacz”, którego sposób myślenia i działania wywoływał u mnie gęsią skórkę.

Czy żałuję, że poznałam kolejne losy Michała, Władka, Bronka i Janka? Absolutnie nie, szczególnie, że dla mnie wersja serialowa nigdy nie będzie tą „wersją kanoniczną, a jak sam autor pisze, rozszerzył wątki głównych bohaterów i forma książkowa jest odzwierciedleniem  pierwotnego zamysłu poprowadzenia historii. Bardzo się cieszę, że mogłam razem z bohaterami przeżywać wszystkie wydarzenia z 1943 roku. Nie ukrywam, że czekam na ciąg dalszy.

_______________
Jarosław Sokół, Czas honoru. Przed burzą, Zwierciadło, Warszawa 2011, s. 405


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

wtorek, 12 marca 2013

Sarah Blake, Niedoręczony list

Niedoręczony list to wzruszająca historia trzech silnych kobiet, które zostały, nie zawsze z własnego wyboru, wciągnięte w machinę wojenną. 

Jest jesień 1940 roku. Frankie Bard jest młodą amerykańską dziennikarką, która codziennie prowadzi audycje radiowe z bombardowanego przez Hitlerowców Londynu. Jej głos dociera do każdego miejsca w Ameryce, nawet do niewielkiego miasteczka w Massachusetts. 

Irys James jest czterdziestoletnią samotną kobietą, która zostaje naczelnikiem poczty we Franklin, małym nadmorskim miasteczku w stanie Massachusetts. Poznaje Harrego, dojrzałego mężczyznę w średnim wieku, w którym się zakochuje i z którym wiąże plany na przyszłość. Harry zaś jest przekonany, że wojna wkrótce dotrze do wybrzeży Ameryki w postaci pojawiających się nagle niemieckich u-bootów. Dlatego codziennie wypatruje ich siedząc na wieży miejskiego ratusza.

Do Franklin przybywa pewnego dnia młoda kobieta Emma Fitch nowo poślubiona żona  miejscowego lekarza. Jest sierotą, gdyż całą jej rodzinę zabrała epidemia hiszpanki. Will jest jedyną bliską jej osobą. Dlatego bardzo boleśnie odczuwa jego decyzję o wyjeździe do Londynu bombardowanego co noc przez lotnictwo niemieckie. Przed wyjazdem Will zostawia na poczcie list zaadresowany do Emmy i prosi Irys, by doręczyła go jego żonie w razie jego śmierci. 

Losy tych trzech kobiet splotą się w wyniku niespodziewanych wypadków związanych z toczącą się wojną, a ogromną rolę odegrają w tym listy. zarówno te doręczone, jak i tytułowy niedoręczony. 

Początkowo książka mnie trochę nużyła, akcja toczyła się leniwie i niemrawo. Z czasem jednak nabrała tempa i kolejne wydarzenia następowały szybko jedne po drugich, a niektóre z nich były dla mnie całkowitą niespodzianką. Nie zawsze akcja rozwijała się w kierunku, który przewidywałam, co stanowiło dla mnie dodatkową atrakcję powieści. 
Sarah Blake sugestywnie opisuje życie w bombardowanym Londynie, podkreślając fakt, że Anglicy mimo strachu i niepewności jutra nie tracili swego tak specyficznego poczucia humoru. Równie sugestywnie oddaje obraz uchodźców, niemieckich i austriackich Żydów, próbujących za wszelką cenę przedostać się za ocean jak najdalej od ogarniętej wojną Europy. Te fragmenty powieści uważam za najciekawsze. I choć nie ukrywam, że w naszej literaturze czytałam bardziej drastyczne opisy wojennej rzeczywistości, a te opisane  w powieści przedstawione są  z typowo amerykańskiego punktu widzenia, to mimo wszystko autorka stara się jak najdokładniej oddać atmosferę lęku, niepewności, strachu i cierpienia będącego udziałem uciekających przed Hitlerowcami ludzi. 

Podobają mi się także wyraziste kreacje bohaterek, które potrafią stawić czoło rzeczywistości, zmierzyć się z własnymi lękami i słabościami i z tej walki wyjść zwycięsko. Z tej trójki najbardziej polubiłam wrażliwą Frankie przede wszystkim za jej odwagę i determinację, aby ukazać Amerykanom prawdziwy obraz wojennej zawieruchy, od której jej rodaków dzieliło setki mil rozległego oceanu. Najbardziej chyba współczułam Emmie, choć czasem denerwował mnie jej marazm i całkowite wycofanie się z życia. 

Powieść jak na tak trudną i ciężką tematykę napisana jest dość lekko,  mimo że  podczas lektury niejednokrotnie musiałam sięgać po chusteczkę, szczególnie pod koniec książki, kiedy autorka zaserwowała nam sporą dawkę wzruszeń i emocji.  

Czas honoru - Jarosław Sokół


"Czas honoru” Jarosława Sokoła to książka, którą od dnia ukazania się w księgarniach chciałam przeczytać. Nie, nie oglądałam serialu i pewnie nie obejrzę, ale literatura przesiąknięta patriotyzmem, która nie opluwa polskości i naszego narodu, zawsze znajdzie do mnie drogę. A tak właśnie spodziewałam się znaleźć „Czas honoru”.  Nie czytałam  beletrystyki, która opowiadałaby o walce polskich żołnierzy z okupantem, pomijam tutaj „Czterech pancernych i psa” z wiadomych powodów.

Bronek, Janek, Michał i Władek. Arystokrata, syn rzemieślnika, dzieci lekarki i wojskowego. Różne charaktery i różne uzdolnienia. Cała czwórka trafia do Anglii, gdzie są szkoleni na skoczków, którzy zrzuceni do Polski mają pomagać ruchowi oporu w Ojczyźnie. Jako Cichociemni zasilają szeregi AK i  pomagają rodakom w walce z okupantem. Dla Polaków są cenni niczym złoto, dla Niemców stanowią ogromne zagrożenie. Ich niezwykłe przygody, nie ukrywam, że czasami wydające się zbiegiem nieprawdopodobnych okoliczności, opisane są w sposób niezwykle wciągający, bez zbędnego patosu i tanich, emocjonalnych chwytów.
Opowieść o tamtych czasach, gdzie honor i Ojczyzn coś znaczyły, bardzo mi się podobała i życzyłabym sobie więcej takich powieści o nas Polakach dla nas Polaków. Jako, że nie mam porównania do innych książek, poza wspomnianymi już „Czterema pancernymi”, za którymi wiadomo jak ideologia stoi (ale ktorych, przyznaję, czytałam wielokrotnie), nie mogę napisać inaczej. Nie jest to powieść lepsza, czy gorsza w swoim gatunku, bo jest na razie jedyna.
„Czas honoru” to książka, która jest dobrze osadzona historycznie, wśród fikcyjnych osób i zdarzeń znajdziemy prawdziwe nazwiska i echa prawdziwych wojennych historii. Trochę dłużyła mi się opowieść aż do zrzutu grupy przyjaciół do Polski, ale z drugiej strony mogłam poznać ich historie i zrozumieć późniejsze motywy postepowania. Doceniam jednak to, że był to także pretekst, aby wspomnieć na przykład o o Starobielsku i Ostaszkowie, a także, aby napisać wprost o nienawiści Ukraińców do Polaków czy kulisach tworzenia Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii.
Bohaterowie nie są czarno-biali. Wśród Polaków znajdziemy tych odważnych, honorowych, a także kolaborantów, których wyznacznikiem działania była dbałość o własną kieszeń i chęć przeżycia za wszelka cenę, a raczej cenę innych żyć, które z łatwością mogli poświęcić. Niemcy zobrazowani są podobnie. Mamy typowych karierowiczów,  także takich, którzy niepozbawieni są ludzkich słabości oraz tych, którzy chcą ta wojnę po prostu przetrwać.

Książka napisana jest językiem nieco uwspółcześnionym, ale o dziwo – nie raziło mnie to tym razem. Być może dzięki temu po lekturę sięgną chętnie i młodsi czytelnicy, a także osoby, które historią się nie pasjonują. Są pewne nieścisłości, jakieś literackie potknięcia, ale z powodu wymowy „Czasu honoru” jestem gotowa na nie przymknąć oko.

„Czas honoru” wciąga. Po połowie książki warczałam na wszystko, co utrudniało mi lekturę, ignorowałam głód i pragnienie, aby tylko nie uronić słowa, aby jak najszybciej dowiedzieć się, co stało się dalej. Kibicowałam całej czwórce aż do ostatniej strony. I tu mogłabym popsioczyć na zakończenie, ale też tego nie uczynię. Tak – nie zadowala, ewidentnie sugeruje, że będzie ciąg dalszy. U mnie ten ciąg dalszy jednak stoi na półce i zaraz po niego sięgam.


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika.

poniedziałek, 11 marca 2013

Podsumowanie stycznia i lutego!


Kochani, będzie dziś troszkę nietypowo, ponieważ tak się złożyło, że w tym jednym poście znajdą się aż dwa podsumowania. Będzie to podsumowanie Waszych osiągnięć ze stycznia i lutego.

STYCZEŃ
W styczniu wyzwanie ukończyło 9 osób i mogliśmy przeczytać aż 19 nowych i bardzo ciekawych recenzji!

A oto wyniki uczestników:
Silwercross - 4 recenzje
Anytsuj - 3 recenzje
Imani - 3 recenzje
Halinka - 2 recenzje 
Kruszynka - 2 recenzje
Nutinka - 2 recenzje  
alicja2010 - 1 recenzja
Krasnoludek - 1 recenzja
moleslaw - 1 recenzja 

Jak widzicie w styczniu naprawdę sporo się działo :)

LUTY
W lutym udało się ukończyć wyzwanie 7 uczestnikom, którzy przedstawili nam 11 recenzji.

Oto wyniki:
Nutinka - 5 recenzji (tu trzeba dodać, że w ramach jednej recenzji Nutinka opisała całą "Trylogię husycką", w innej recenzji trzytomową powieść "Trzy córki króla", co daje nam w sumie 9 przeczytanych książek!)
alicja2010 - 1 recenzja
Anytsuj - 1 recenzja
Filety z Izydora - 1 recenzja
Hominem Quaero - 1 recenzja
Jenah - 1 recenzja
Silwercross - 1 recenzja


Gratuluję serdecznie wszystkim uczestnikom, zwłaszcza naszym zwyciężczyniom - Silwercross i Nutince! :)

"Chłopiec z Salskich Stepów" Igor Newerly



Igor Newerly to pisarz, z którym nie miałam do tej pory do czynienia. Jakoś wszystkie lektury szkolne mnie omijały, a ja o nim zapomniałam. W zeszłym roku udało mi się okazyjnie kupić trzy książki tego autora, ale odłożyłam je grzecznie na półkę gratulując sobie po cichu wspaniałych łupów, jak to często zresztą u mnie bywa. Nadeszło wreszcie wyzwanie „Jubileuszowe lektury”, z którego dowiedziałam się, że 24 marca Igor Newerly będzie obchodził 110 rocznicę urodzin. Stąd też lektura „Chłopca z Salskich Stepów”.


Majdanek 1943 rok. W baraku tyfusowym leży ciężko chory Igor, który marzy jedynie o cukrze. Za jedną kostkę jest w stanie oddać wiele pajd chleba, które przechowywał na czarną godzinę. Do nieuczciwej wymiany doszłoby, gdyby nie nieznajomy z górnego siennika, który nie pozwolił na taką niesprawiedliwość. Numer 3569, Wowa, „Ruski Doktor”, tajemniczy osobnik, który nie lubi o sobie opowiadać, a do którego ludzie lgną jak do miodu, przynosząc mu różne dowody sympatii. To właśnie on ratuje po raz kolejny Igora, zabierając go do Bloku Czternastego w charakterze pisarza. Tam ma szansę przeżyć. I tak rodzi się wielka, głęboka przyjaźń. Kim jest „Ruski Doktor”, noszący na piersi literę „P” sugerującą, że jest Polakiem, ale nie mówi dobrze po polsku, nie zna też Roty, ani Warszawianki? Po kilku miesiącach znajomości Wowa decyduje się opowiedzieć Igorowi historię swojego życia. Opowiada, jak z chłopca z Salskich Stepów dręczonego głodem nauki zmienia się w „bezprizornego”- wychowanka ulicy. Łut szczęścia powoduje, że dostaje się do domu wychowawczego Niny Pietrownej, dzięki której zdobywa wyksztalcenie, a potem pracę. Zdanie po zdaniu przybliża nas do wyjaśnienia, jak to się stało, że znalazł się na Majdanku. Poznajemy Kiczkajłę, Lońkę i „Klukwę jagodę charoszają”. Dalsze losy bohaterów łączą się aż do obozu w Oświęcimiu, gdzie  w 1944 roku Diergaczew decyduje się na dołączenie do transportu osób cierpiących na malarię. I tak się kończy książka...

Szczęśliwie na jej końcu znajdziemy między innymi „Prawdziwe przygody autora i bohaterów tej książki”, gdzie Igor Newerly wyjaśnia genezę powstania „Chłopca z Salskich Stepów”. Wyjaśnia, że prawdziwe nazwisko bohatera Włodzimierza Iljicza Diegtiariewa zmienił na Włodzimierza Łukicza Diergaczowa, aby nie było skojarzeń z Leninem, ponieważ „Przypadkowa zbieżność imion mogłaby czytelnikowi sugerować, że autor zrobił to specjalnie i nie bez powodu zaznaczył takie podobieństwo”.  Jeden z moich ulubionych bohaterów – Kiczkajło- niestety jest postacią fikcyjną, którą autor stworzył, ponieważ w meandrach pamięci znalazł, że główny bohater po ucieczce z obozu był pielęgnowany przez mężczyznę ogromnego wzrostu. Newerly, pochodzący z Białowieży, uczynił go członkiem faktycznie istniejącego „leśnego rodu Kiczkajłłów, którzy byli, są i będą w Białowieży, póki puszcza szumi”.  Wyjaśnia również, że Diegtiariew wcale nie ukrywał się na Kurpiach, ani nigdy nie poznał Heleny Grzelakowej. Faktycznie było to u wdowy z dwójką dzieci, ale w innym miejscu. Prawdziwa bohaterka nazywała się Adela Narowska i dane było Newerlemu poznać ją w przyszłości.
Igor Newerly przez wiele lat sądził, że jego przyjacielowi nie udało się przeżyć. Dopiero w 1957 roku spotykają się ponownie. Newerly pisze, że „Chłopiec z Salskich Stepów” przysłużył się Diegtariewowi, który za rządów Stalina był szykanowany jako były więzień niemieckich obozów. Dzięki tej książce jego imię zostało nieco oczyszczone.

Nie da się ukryć, że książka w zamiarze była napisana dla młodszych czytelników, to się wyczuwa w użytym języku, skrótach myślowych, prostszych opisach. Część obozowa została jednak napisana bardzo dobrze, przemawia do wyobraźni, a jednocześnie opisy nie przerażają. Mimo trudnego tematu, to ciepła, żywa opowieść, w której akcja toczy się wartko, postacie są wyraziste i pełnokrwiste. Część tocząca się w domu wychowawczym nosi znamiona ducha korczakowskiego, wszak Newerly nie tylko był sekretarzem Janusza Korczaka, ale później przejął od niego "Mały Przegląd", który redagował aż do wybuchu wojny. Jednakże nie mogę przymknąć oczu na to, że pewne fakty zostały przemilczane, niedopowiedziane, a  pewne rzeczy zasugerowane w sposób niezgodny z prawdą historyczną. Nie mnie wyrokować, czy książka została napisana tak, bo inaczej nie przeszłaby przez cenzurę, czy odzwierciedla prawdziwe lewicowe odczucia i przekonania autora. Jako książka bazująca na biografii Włodzimierza Iljicza Diegtiariewa podobała mi się i  z chęcią sięgnę po “Leśne morze” tego autora.




Zdania napisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

_______________
Igor Newerly, Chłopiec z Salskich Stepów, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 222.

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

piątek, 8 marca 2013

Poślij chociaż słowo - Orlandi Figes

Wydawnictwo Magnum, Okładka twarda, 416 s., Moja ocena 6/6
To jedna z tych książek, których się nie czyta, a pochłania i o których długo się pamięta.
Autor,  profesor University of London, a wcześniej wykładowcy w Trinity College w Cambridge. Dotychczas dzięki Wydawnictwom Magnum i Dolnośląskiemu, mieliśmy okazję poznać jego opowieści o: rosyjskiej rewolucji Tragedia narodu, a także Taniec Nataszy i Szepty .
O Tańcu Nataszy Simon Sebag Montefiore, autor znakomitej książki Stalin. Dwór czerwonego cara, napisał: Arcydzieło jednego z najlepszych gawędziarzy wśród historyków nowożytnej Rosji.(...)
Ja jeszcze żadnej z w/w pozycji nie miałam okazji przeczytać, ale po lekturze Poślij chociaż słowo, na pewno po nie sięgnę. 
Figes opowiada niewiarygodna wręcz historię dwojga młodych ludzi, którzy mieli szczęście spotkać się, pokochać, ale nieszczęście, że uczynili to w stalinowskiej Rosji. Historia powiecie, jakich wiele. Tak, ale jest to historia opart na faktach, a konkretnie na kilku tysiącach listów, które Lew i Swietłana Mieszcznkow mieli okazję wymienić między sobą.
Byli młodymi ludźmi, inteligentnymi, niebanalnymi, szczęśliwymi, którzy poznali się na studiach w latach 30. XX w. Oboje studiowali na Moskiewskim Uniwersytecie, na Wydziale Fizyki. Niestety rozdzieliła ich II wojna światowa. Póżniej Lew zostaje uwięziony w łagrze.Mężczyzna odsiadywał wyrok w Peczorze, jednym z najbardziej osławionych stalinowskich obozów pracy.
Pierwszy list napisany został w połowie 1946r., a ostatni pod koniec 1954r.
Lew i Swietłana pisywali do siebie regularnie dwa razy w tygodniu. Zadziwiające jest jak udało im się przesyłać sobie listy omijając cenzurę i biorąc pod uwagę wszystkie niedogodności związane z uwięzieniem. Lew opisywał gułag, dzień codzienny, swoją sytuację, pisał też o wpływie jaki cała sytuacja ma na niego, na jego psychikę.
Swietłana z kolei opisywała ze szczegółami powojenną Moskwę i swoje życie w niej, które z każdym dniem stawało się trudniejsze.
Właśnie fakt, iż są to teksty nieocenzurowane, sprawia, że są tak wartościowe pod względem historycznym, wręcz bezcenne.
Najbardziej poruszyły mnie nie opisy niewoli, gułagu (bo takich opisów czytałam wiele), a opisy tęsknoty Swiety, która przez tyle lat wiernie czekała na ukochanego i nawet przez myśl jej nie przeszło, że on nie wróci. To była miłość. Tym bardziej, że więżniowie gułagów na ogól tracili życie, a ci którzy przeżyli zazwyczaj tracili rodziny. Lew i Swietłana byli wyjątkiem. Już sama korespondencja była zagrożeniem, w każdej chwili ktoś mógł ją odkryć i oboje mogli zostać zgładzeni. Ich miłość była tak wielka, że dodatkowo spotykali się od czasu do czasu oraz przechowywali wszystkie listy.
Jak im się to udawało? Co się stało, gdy Lew opuścił gułag? Jakie były ich dalsze losy? Czy miłość przetrwała próbę czasu? Czy wspólne życie na wolności było możliwe?
Tego dowiecie się z książki.
Niektóre fragmenty listów są na prawdę głęboko wzruszające...  
Chciałabym tylko zobaczyć, że jesteś obok, kiedy się rano obudzę, a wieczorem opowiedzieć Ci, co się stało wszystko, co się stało w ciągu dnia, popatrzeć Ci w oczy i przytulić się do Ciebie. Ale na razie wystarczyłoby, gdybym dostała Twój dziesiąty list.(...)
Cennym uzupełnieniem jest spora ilość zdjęć obojga bohaterów i ważnych momentów z ich życia.
Gorąco zachęcam do lektury. Cokolwiek więcej napiszę o tej książce i tak nie odda jej ducha. Musicie sami poznać losy Swiety i Lwa.

Samira i Samir – Siba Shakib

Siba Shakib
Samira i Samir (Samira & Samir)
tłum. Barbara Tarnas
Muza, 2005
s. 277

Współczesny Afganistan, Hindukusz, wieloletnia wojna, zmieniający się przeciwnicy – to tło powieści Siby Shakib. I ludzie, którzy żyją jak przed wiekami, nie znając zdobyczy cywilizacji. To świat podstawowych potrzeb i najbardziej oczywistych sposobów ich zaspokajania. Świat siły i zręczności, w którym prym wiodą mężczyźni, a kobiety traktowane są jako mało istotny dodatek, narzędzie do zajmowania się gospodarstwem i rodzenia, najlepiej synów. Świat, w którym tradycją o sile prawa jest to, że pierworodnym dzieckiem Komendanta musi być chłopiec. Świat boga surowego i jego przedstawicieli, nadużywających swego autorytetu do legitymizacji władzy mężczyzn nad słabszą płcią. Świat, w którym relacje między małżonkami zaburzone są przez wybujałe męskie ego i kobiece poczucie niższości, utrwalane przez wieki. Świat pełen braku wykształcenia i ignorancji, która za płeć dziecka obwinia kobietę. Świat, w którym „życie dziewcząt jest karą” (s. 163).
W tym świecie pojawia się Samira – dziewczynka, która powinna być chłopcem. I która jest chłopcem, dopóki nie uświadomi sobie, że coś z nią jest nie tak. Wstrząs, jaki to ze sobą przyniesie, spowoduje, że Samira przestanie mówić. Żeby nie mogła zdradzić narzuconej jej tajemnicy. Żyje w zakłamaniu, podtrzymuje iluzję, by zaspokoić oczekiwania otoczenia, sprostać żądaniom ojca, być chłopcem, a potem mężczyzną, zdolnym bronić i chronić, i iść na wojnę.
 

Więcej na blogu.

środa, 6 marca 2013

"Rozmowy polskie latem roku 1983" - J.M. Rymkiewicz

Złota czcionka za najbardziej mylący tytuł wszechczasów. Czego bowiem spodziewałam się po tej książce? Niekończących się i nudnych rozmów o Polsce z dużą ilością Adama Michnika w tle. Ten Michnik to dlatego, że przy okazji kolejnego procesu, który wytoczył Rymkiewiczowi, pisarz skarżył się, podając jako dowód właśnie "Rozmowy...", że w dawnych czasach obydwaj mieli takie pozytywne relacje.
Na szczęście peanów na cześć Michnika jest tu bardzo mało (jakby ktoś potrzebował więcej polecam wywiad z JMR w "Hańbie domowej"), dużo za to lata, słońca, ryb, grzybów, suwalskiej przyrody i litewskich (a może pruskich czy też jaćwieskich legend). Czyli po prostu - wakacje nad jeziorem w pensjonacie chętnie odwiedzanym przez literatów. Czasy sa nielekkie, trudno kupić buty, ale kto by się przejmowal niedoborami w zaopatrzeniu, skoro jest tak ciepło, a na kolację zawsze można sobie coś złowić?
Owszem, rozmowy o Polsce są, ale snują się one niespiesznie, wciągając w swój nurt literackie odpryski. Obowiązkowo - Mickiewicza (ostatecznie wokół "rozciągają się litewskie lasy, tak poważne i tak pełne krasy", wcale nie jest to chwyt retoryczny - Suwalszczyzna jest geograficznie częscią Pojezierza Litewskiego), ale także Singera. Postacie z legend przenikają do snów bohaterów (to dla miłośników realizmu magicznego). A Pan Mareczek piszę książkę, niemalże online, "Rozmowy..." powstały bowiem właśnie latem 1983. Książkę niewymuszoną i pełną uroku, która niniejszym polecam choćby jako dawkę fotonów na nadchodzące wielkimi krokami przedwiośnie.