niedziela, 21 października 2012

"Amandine"


Autor:  Marlena de Blasi 
Tytuł:  „Amandine” 
Wydawnictwo:
 Świat Książki
Ilość stron:
 361
Książka trafiła do mnie przez przypadek, chociaż jednak troszkę przy moim udziale. Postanowiłam odświeżyć stare dobre czasy, kiedy to z moją szefową wymieniałyśmy się książkami.  Niestety od początku tego roku z uwagi na zmiany organizacyjne w pracy „źródełko dostawy książek wyschło”. Jednak jakiś czas temu udało mi się je ponownie uruchomić i w efekcie otrzymałam „Amandine”.

Zanim jednak przejdę do dalszego opisu chcę zaznaczyć, iż nie jest to pozycja stricte historyczna. Wydarzenia okresu II wojny światowej stanowią jedynie tło głównego wątku. Lubię takie połączenie, o tym jednak, czy w tym przypadku przypadło mi do gustu, zainteresowani dowiedzą się poniżej.

Akcja książki rozpoczyna się od tragicznego wydarzenia w 1916 roku w posiadłości należącej do rodziny Czartoryskich, leżącej niedaleko Krakowa. Hrabia Antoni Czartoryski morduje swoją kochankę, a następnie odbiera sobie życie strzałem w głowę. Pozostawia wdowę, hrabinę Walewską oraz małą dwuletnią córkę o imieniu Andżelika. Historia niejako zatacza koło, kiedy czternaście lat później Andżelika nawiązuje romans z młodym baronem, jak się okazuje bratem kochanki Antoniego Czartoryskiego. Poczęte w wyniku owego romansu dziecko to tytułowa Amandine. Niestety jej los jest już przesądzony w momencie urodzin, bowiem urażona duma hrabiny Walewskiej nie pozwala na uznanie wnuczki, w której żyłach płynie krew „okrytej hańbą rodziny”.  Hrabina wszczyna swój plan pozbycia się dziecka, kłamiąc, że zmarło, wywozi je do klasztoru Montpellier we Francji i pozostawia pod opieką guwernantki Solange. Dziewczynka dorasta w surowej atmosferze, zmagając się dodatkowo z niechęcią otoczenia. Kiedy przybierają one zbyt niebezpieczne rozmiary, troskliwa Solange mimo wybuchu wojny, postanawia wywieźć Amandine do swojej rodzinnej posiadłości na północy Francji. Planowana krótka podróż zamienia się w długotrwałą przeprawę przez okupowany kraj.  Główny trzon powieści stanowią dzieje Amandine, jednak rodzina Czartoryskich nie znika zupełnie z kart książki. Losy hrabiny i jej córki poznajemy z perspektywy wydarzeń toczących się w Polsce, w szczególności mających miejsce w Krakowie.

Pani Marlena de Blasi przedstawia nam dość nietypowy sposób narracji, sama jest głównym narratorem, jednak bardzo często snuje opowieść z punktu widzenia bohaterów powieści. Taki zabieg wprowadza lekki chaos i wymaga dużego skupienia podczas czytania.  W przeważającej części jej treść stanowią opisy zdarzeń i przemyśleń postaci, pojawiające się dialogi są stosunkowo krótkie, pisane niedokończonymi zdaniami.   

Opinia z okładki książki: „Porywająca powieść, pełna malowniczych szczegółów obyczajowych i historycznych…Zaskakujący finał!”

Celowo cytuję treść opisu, bowiem przyglądam mu się raz po raz i zastanawiam się, co jest ze mną nie tak, bo nijak nie mogę się z nim zgodzić. Pomysł na fabułę oceniam, jako świetny, bardzo interesująca okładka, mnóstwo pozytywnych opinii czytelników, a jednak… W jednym, tylko w jednym momencie poczułam, że historia mnie wciąga, ale na krótko (po dwóch stronach skończyło się), prawdę mówiąc, wielokrotnie czułam się zniechęcona i znudzona, zatem powieść mnie nie porwała. Z malowniczych szczegółów obyczajowych pamiętam tylko, faktycznie drobiazgowe opisy sztuki kulinarnej, które w mojej ocenie są zbyt rozbudowane w zestawieniu z pozostałymi relacjami. 
Odnosząc się natomiast do poruszonego wątku historycznego to nie polecam lektury, jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej w tej materii. Przeciwnie musi mieć już pewną wiedzę w tym zakresie, aby nie wyciągnąć błędnych wniosków. Rozumiem, że „zawierucha wojenna” miała stanowić jedynie tło głównego wątku, jednak osobiście mam wiele zastrzeżeń do tej tematyki w książce. Wiele ale…, największe jednak przytoczę: nieświadomy obrazu wojny w Europie czytelnik, może odnieść wrażenie, że w Polsce okupanci byli wyłącznie dżentelmenami, całującymi damy w dłonie, grającymi z nimi Chopina i oczywiście bez słowa sprzeciwu pozwalali słuchać radia BBC (całym złem okazała się AK, bowiem za jej sprawą doszło do tragedii). Natomiast ci okrutni, siejący grozę i śmierć trafili do Francji. Zdaję sobie sprawę, że to bardzo duże uproszczenie, niemniej nie wiem, czy pokazanie różnego oblicza niemieckiego okupanta było celowym zamysłem autorki, czy też wydarzenia z Krakowa były stworzone jedynie na potrzeby książki. No cóż, ci, którzy mnie znają zrozumieją moje obiekcje wynikające z takiego zestawienia. No i finał, zaskakujący? Oczywiście każdy ocenia splot wydarzeń według własnych odczuć i zapewne na ich podstawie przewiduje zakończenie, mnie zaskoczyłoby inne.  

Niestety sposób narracji i styl pisania autorki również nie przypadł mi do gustu. Nie chcę jednak nikogo zrażać do zapoznania się z lekturą. Moja opinia jest tylko i wyłącznie subiektywną oceną. Może miałam zbyt wygórowane oczekiwania wobec tej książki, albo przypadek, o którym pisałam na wstępie zdarzył się w nieodpowiednim dla mnie momencie? 

1 komentarz:

  1. Mnie nie zraziłaś :) Chętnie przeczytam tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń